Żegnaj, szlachetny proletariuszu…

Temat klasy średniej ciągle ożywa w dyskusjach, więc go pociągnę w aspekcie (pop)kulturowym, bo uważam, że wypieranie etosu inteligenckiego przez etos klasy średniej to najważniejsze zjawisko w polskiej popkulturze ostatnich lat.
Przypominając podstawowe pojęcia: etos inteligencji zakłada poczucie misji, wykształcenie traktowane w nim jest jako przywilej związany z obowiązkiem służby na rzecz mniej uprzywilejowanych. W klasie średniej wykształcenie to środek do celu.
PRL sztucznie zakonserwował polską inteligencję, której czas tak naprawdę minął już w II Rzeczpospolitej. Najpierw komuniści omamili znaczną część polskiej inteligencji przedstawiając budowę socjalizmu jako element inteligenckiej misji – no bo to jednak nie były tylko łagry, ale także medycyna pracy, oświata, elektryfikacja i takie tam.
Potem dokładnie to samo poczucie misji obróciło inteligencję przeciw PZPR, co objawiało się przechodzeniem intelektualistów od socrealizmu do opozycji demokratycznej. Towarzyszył temu ciekawy paradoks, że choć zmieniała się polityczna orientacja, niezmienna była idealizacja klas niższych w kulturze.
Stoczniowiec w „Człowieku z żelaza” mówiący „to taka nasza solidarność”, to przecież postać z produkcyjniaka, podobnie jak sprzedajni oportunistyczni zdrajcy etosu z kina moralnego niepokoju przypominali czarne charaktery socrealizmu i powieści milicyjnej.
W komediach Barei mamy przejście od prosystemowych filmów takich jak „Małżeństwo z rozsądku” do antysystemowych takich jak „Miś”. W obu przypadkach obiekt szyderstwa jest ten sam: to cwaniak i kombinator, tyle że w latach 60. chodziło o nielegalną prywatną inicjatywę a w latach 80. o prezesa Ochódzkiego.
Bareja unikał szydzenia z ludzi prostych. Ci z definicji są u niego mądrzy i szlachetni, co prowadzi do kwachów takich jak niespodziewanie sieriozny wykład o tradycji w „Misiu”. To nie była tylko kwestia wymogów cenzorskich, bo w końcu ten sam reżyser na różne sposoby cenzurę umiał wodzić za nos.
W etosie inteligenckim po prostu nie wypada kpić z klas niższych. Przykłady szyderstwa z chłopów czy robotników w popkulturze PRL są bardzo rzadkie: Grześkowiak, Redliński, Kondratiuk, co jeszcze? To się utrzymało w popkulturze pierwszej dekady 3RP: w „Krollu” opozycja „wykształcony lecz dwulicowy Kuba Berger” versus „chamowaty lecz szlachetny kapral Wiaderny” to odtworzenie schematu, którym polska kultura leci od socrealistycznej komedii „Skarb”.
Pasikowskiego oceniano jako rewolucjonistę polskiego kina, ale w tej kwestii był kontynuatorem. Gdy Franz Maurer rzuca senatorowi Wenclowi pamiętny tekst, „czasy się zmieniają ale pan zawsze jest w komisjach”, to tak naprawdę Linda mówi do Zapasiewicza: wreszcie gramy w kinie akcji, ale niestety tych samych ludzi, co u Wajdy, Zanussiego i Kieślowskiego – ja znowu jestem narwanym idealistą, pan znowu jest sprzedajnym inteligentem.
Ten schemat narracyjny zerwał na dużą skalę dopiero „Świat według Kiepskich” – pierwsza jawna satyra na klasę niższą. Przyjęta zresztą lodowato przez inteligencję (klasy niższe zawsze podchodzą z dużo większym wyluzowaniem do kpin na swój temat).
Tabu przełamuje „Wesele” Smarzowskiego, dzielące krytykę pokoleniowo – Tadeusz Sobolewski korzystał z każdej okazji, żeby dokopać temu filmowi; my z Krzyśkiem Vargą z kolei w różnych tekstach wciskaliśmy pochwały.
Jeszcze silniej tę kpinę wyraża „Wojna polsko-ruska”, zwłaszcza w wersji filmowej. Najwięcej lulzów budzą przecież zaangażowane monologi Silnego, w których widać, że on bardzo chciałby zabrzmieć jak gadające głowy z telewizji, ale niespecjalnie mu to wychodzi. Dokładnie ten sam komizm oferują psychiatryczne blogi.
Charakterystyczna jest wiralna popularność skeczu Roberta Górskiego „Telefon do ojca”. Cała polska klasa średnia pochodzi z awansu, bo cała III Rzeczpospolita to kraj z awansu. Możemy sobie pozwolić na rzeczy, które dla naszych rodziców były niedostępnym luksusem (nawet 15-letni opel był luksusem w PRL).
„Telefon do ojca” łączy więc klasizm z ejdżyzmem. Wybaczamy go głównemu bohaterowi, bo – jak wynika z rozwoju akcji – jego ojciec i wujek to jakieś ekstremalne kaczystowskie mohery. IV Rzeczpospolita zarysowała linię frontu tak, że po stronie obrońców III RP znalazły się wszystkie warianty klasy średniej, a po stronie przeciwników te grupy, które wobec klasy średniej są albo ponad (Kluska), albo pod (mohery), albo przeciw (Dorn).
W efekcie klasizm zyskał usprawiedliwienie. Już wolno otwarcie polewać z językowej nieporadności klasy niższej, bo to polityczny wróg. Gdyby „Telefon do ojca” powstał jakieś 10 lat wcześniej, wzbudziłby powszechne oburzenie. Dziś jako cywilizacja śmierci polewamy nawet w Kononowicza czy z tego środowiska narodowo-katolickiego od „Screamo Crust” (ang. „pal krzyż”).
Polityzacja klasizmu ostatecznie przypieczętowała uwalnianie się inteligencji z „poczucia misji” – w „prostym człowieku” widzimy już nie tego szlachetnego proletariusza towarzyszącego nam od socrealizmu przez Wajdę i Bareję aż po Pasikowskiego, tylko jego rewers, tego tępawego przygłupa z „Konopielki”. Zgadywałbym więc, że takich postaci w popkulturze będzie teraz coraz więcej.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz