Duch Ameryki


Poszukiwanie stereotypów zobowiązuje: jak Nowy Jork, to musical na Brodłeju. Wybrałem „Hair”. Jak większość rodaków, pierwszy kontakt z tymi piosenkami zaliczyłem przy okazji filmu Milosza Formana, który jest – jak wiadomo – zupełnie o czym innym.
Film powstał w roku 1979, kiedy dzieci kwiaty były tak bardzo passee, jak się jest passee po dziesięciu latach. Może dlatego pokazywał ten świat w radośnie podkolorowanych barwach.
U Formana Berger zaczepia Bukowskiego mówiąc, że jego przyjaciele nie jedli od dwóch dni. Ale przecież są gładko ogoleni, a ich włosy najwyraźniej myto dziś rano. A co najważniejsze: bohaterowie nie zachowują się jak narkomani.
Nie umiem sobie wyobrazić, jak ten musical przyjmowała widownia w roku 1967, ale w roku 2009 każdy chyba już ma jakiegoś kumpla ze szkoły czy z podwórka, który stracił panowanie nad dragami i bardzo smutno skończył. Mniej więcej więc wiemy, jak mówi i porusza się narkoman. Aktorzy u Formana nawet nie próbują tego udawać.
W brodłejowskiej wersji aktorzy udają całkiem przekonująco. Naspidowany Berger nie jest w stanie dokończyć zdania, bo w połowie rozśmieszy go jakieś słowo. Otępiały Woof z kolei w połowie zapomina o co mu chodziło i nadrabia braki w pamięci okrzykami „kocham was!”.
Dodajmy Sheilę: niby najrozsądniejsza w tym towarzystwie, ale jednak maoistka. Jest więc pieprznięta niejako w dwójnasób, bo bredzi na trzeźwo.
Claude Hooper Bukowski też żyje w świecie urojeń (pochodzi z polskiej rodziny z Queens, ale fantazjuje, że jego ojczyzną jest „Manchester England Englaaand”), ale w pewnym momencie rzeczywistość gryzie go w pupę. Przychodzi karta powołania.
Zwraca się do swoich kumpli z prośbą o radę, ale słyszy głupkowate gadki narkomanów. Berger skrycie zatruwa mu skręta jakimś świństwem, po którym Bukowski ma wyjątkowo przykry odlot. To przyczynia się do decyzji prowadzącej do wiadomego „flesh failure”.
Obraz „dzieci kwiatów” w wersji brodłejowskiej jest więc bardziej ponury niż w filmie Formana. Czy zawsze tak było? Może pisują tu ludzie dość sędziwi, żeby pamiętać starsze wersje?

Gdy wracałem leniwym spacerkiem do hotelu, na Times Square zafascynował mnie punkt rekrutacyjny US Army, wyświetlający reklamę służby wojskowej. Nigdy dotąd nie zwróciłem na to uwagi, zapewne za bardzo zahipnotyzowany reklamami ajpodów, makbuków i crossoverów.
Reklama „wstąp do armii, a staniesz się silny” jakoś dziwnie pasuje do innych reklam mówiących „kup se to, a będzie ci fajosko”. Może sprawił to po prostu nastrój wieczoru, ale uznałem, że wreszcie odnalazłem Ducha Ameryki, którego poszukiwałem przez cztery tysiące mil.

Cóż go lepiej wyraża od reklamy namawiajacej chłopaków z klas niższych, żeby zabijali a na koniec dali się zabić za dywidendy Halliburtona w krajach, których nie umieliby znaleźć na globusie? Jak to kiedyś trafnie podsumowali The Clash, „only saints from Seventh Avenue can sell the seventh hell”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz