En lecture 95


Ci stali blogowicze, którzy znają dziewiąty sezon „Z Archiwum X”, domyślą się bez trudu, dlaczego wpadła mi w ucho piosenka „Ca va, ca va”. Owszem, po blisko dwóch latach zaliczyłem wreszcie wszystkie odcinki, jeden po drugim i będzie to miało wpływ na październikowy ranking od czapy.
Karl Zero to pseudonim francuskiej osobowości telewizyjnej, który jako piosenkarz wykazuje się bardzo mi bliskim poczuciem humoru, gdzieś między Louie Austenem a Senorem Coconutem. Wyraża to już tytuł jego płyty: „Songs for Cabriolets and Otros Tipos de Vehiculos”.
Kabriolet, proszę państwa, to rzecz przereklamowana. Na opuszczenie dachu przeważnie albo jest za ciepło albo za zimno. Już nie mówiąc o tym, że jak się takim jedzie w słoneczny dzień w koszuli z krotkim rękawem, można sobie spalić ręce (czachę zakrywamy stosownym kapelutkiem, bacząc wszelako nad wybraniem takiego, żeby go nie zwiało na autostradzie).
Podmiot liryczny tej piosenki autostradą raczej nie jedzie. Jak wynika z tekstu, zatrzymuje się na czerwonym świetle przed przejściem dla pieszych. Pisałem tu już parokrotnie, że po francusku wszystko mi się wydaje brzmieć zmysłowo i erotycznie i do dzisiaj nie wiem, czy to jakiś mój osobisty fetysz, czy cecha języka.
Rozważmy ten przypadek. Proszę się wsłuchać w słowa „feruż – żerespektlepasażpietą” („czerwone światło, przepuszczam pieszych”), w podlinkowanym klipie padające w pięćdziesiątej sekundzie. Czy nie brzmią one tak, jakby bohater deklarował jakieś niezwykle namiętne doznania zmysłowe?
Bezdyskusyjnie namiętnie podmiot liryczny relacjonuje swoje doznania wynikające z bawienia się klimą, ogrzewaniem, klaksonem i radiem w swoim samochodzie. Co prawda radiem bawi się jakby krótko – włącza je i co w nim słyszy? „Un debat!”, czyli zapewne jakiś odpowiednik naszych audycji typu „zapasy publicystów w kisielu”.
„Oh lala”… mruczy skonfudowany podmiot liryczny i szybko zmienia temat. I już choćby za to go lubię.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz