Nieprzekupni u władzy

Mój redaktor naczelny napisał fascynujący esej o rewolucji francuskiej – więc zgodnie z najlepszymi tradycjami michnikowszczyzny uzupełnię go blogonotką.
Esej kończy się przywołaniem postaci Marie Jean Antoine Nicolasa de Caritat, markiza Condorcet. Przypadkiem niedawno pojawił się niedawno na tym blogu, nie w notce tylko w dyskusji pod notką, w której jeden z dyskutantów odwołał się do bardzo naiwnego rozumienia demokracji jako władzy większości.
Od roku 1785 – w którym Condorcet opublikował „Esej o zastosowaniu rachunku prawdopodobieństwa do analizy decyzji podejmowanych większością głosów” – wiemy, że wola większości to jedno, a wynik głosowania to drugie. I nawet niekoniecznie tu musi chodzić o oszustwo czy manipulację, tylko o zwykłą matematykę.
Problem nazywany do dzisiaj paradoksem Condorceta wyraźnie obserwujemy w kolejnych wyborach prezydenckich: zawsze pojawia się kandydat, który prawdopodobnie wygrałby z dowolnym kontrkandydatem, gdyby tylko dostał się do drugiej tury. Ale się do niej nie dostaje, bo…
Och, różnie bywa. Bo na przykład pułkownik Miodowicz w kabaretowej speckomisji sprytnie zamacha jakąś śmierdziuchą i ludzie na chwilę uwierzą, że kandydat zamieszany w tak straszne afery, jak zainwestowanie pieniędzy córki na swoim rachunku maklerskim nie ma moralnego prawa kandydować. Albo ludzie nie będą głosować na kandydata zwycięskiego w sensie Condorceta, ulegając samosprawdzającej się przepowiedni, że nie przejdzie on do drugiej tury (tak bardzo będzie ich przerażała wizja Tymińskiego w drugiej turze, że w końcu wprowadzą go do drugiej tury). I tak dalej.
Żal po Cimoszewiczu osładza mi przynajmniej Schadenfreude, z jaką patrzę na prawicowych zwycięzców w sensie Condorceta. W drugiej turze ewidentnie duże szanse mieliby Ziobro lub Kamiński – no ale już w tym głowa prezesa Kaczyńskiego, żeby zamiast nich kandydował jego brat, o którym ostatnio z sympatią myślę jako o cementowym obuwiu, które zatopi polską prawicę na ładnych parę kadencji. Miłego bulgotania, chłopaki.
Intelektualna uczciwość zabiła markiza. Jako matematyk wiedział, że jakobiński projekt konstytucji przewiduje ustrój tak szaleńczo demokratyczny, że nie mogący funkcjonować w praktyce (jakobini w końcu ją przeforsowali, ale z zastrzeżeniem, że jej funkcjonowanie będzie zawieszone aż do zaprowadzenia pokoju – nigdy nie weszła w życie, po dwóch latach zastąpiona przez autorytarną konstytucję termidorian).
Condorcet nie ukrywał swoich zastrzeżeń do jakobińskiego projektu, w związku z czym aresztowano go za zdradę. Zmarł około 29 marca 1794 w areszcie – nie wiadomo, czy przyczyną była choroba, samobójstwo czy morderstwo. Nie wiadomo też co się stało ze zwłokami myśliciela, trumna złożona w Panteonie jest pusta.
Tak to bywa, gdy do władzy dorwą się ci bezkompromisowi i nieprzekupni.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz