Gdzie te autostrady?

Oskarżenia rządu PO o porażkę w budowie autostrad to dobra ilustracja powodów, dla których politykom nie opłaca się budować autostrad. W naszym klimacie budowa autostrady wymaga pełnych dwóch sezonów budowlanych (gdy porównujemy się do Chorwatów, podkreślamy ich trudniejszy teren, ale pomijamy błogosławioną możliwość lania betonu w styczniu).
Od podjęcia przez polityka decyzji typu „zbudujmy autostradę Stąd Dotąd”, minimum trzy lata zajmuje papierkologia (DŚU – decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach, wykup działek), rok przetarg, dwa lata budowa. Czyli najwcześniej za pięć lat następny rząd przetnie wstęgę.
Przez te pięć lat politycy ponoszą same niedogodności. Procedura DŚU antagonizuje lokalne społeczności, pojawiają się dziesiątki komitetów typu „Nie damy rozjechać Pierdziszewa”. Bo wszyscy są za budową autostrad, ale takich przez Saharę.
Oczywiście, z wyjątkiem Koła Wielbicieli Nietkniętego Piękna Saharyjskiego Pejzażu.
A procedura przetargowa? Ileż wtedy oskarżeń że „za drogo”. Łatwiej zyskać popularność tanim chwytem w stylu ministra Polaczka: walnąć pięścią w stół i zaryczeć „Kulczykowi nie dam zarobić!”, niż po prostu rzetelnie przeprowadzić procedurę od początku do udanego końca.
A może chociaż jak już ruszy budowa jest z tego jakaś korzyść polityczna? Raczej nie. W tej chwili w Polsce trwa budowa równo 400 kilometrów autostrad (155 km A1, 218 km A2 i 27 km A8), pomijam specyficzny przypadek A18.
To tyle, ile w latach 1936-2001 wybudowały wszystkie rządy działające w tej branży na polskim terytorium razem wzięte, od rządu kanclerza Hitlera przez rząd premiera Jaroszewicza aż po rząd premiera Buzka. Dodajmy do tego trzysta parędziesiąt kilometrów ekspresówek w budowie i mamy już nie najgorszy obraz sieci drogowej pod koniec 2012.
Ale czy Tusk ma z tego jakąś polityczną korzyść? Żadnej, bo kto o tym w ogóle wie? Tylko maniacy infrastruktury, którzy specjalnie nadkładają drogi, żeby się pogapić na budowę S69 albo A8.
Ze względu na cykl zarysowany powyżej, wszystkie drogi oddawane w tej chwili do ruchu zbudował de facto jeszcze rząd PiS, wliczając w to udostępniony niedawno tymczasowo do ruchu nowy odcinek A4. Ba, w tej puli 400 km, 30 km zawdzięczami PiS-owi (dwa niepołączone odcinki A1).
Równocześnie oznacza to jednak, że w tym roku NIE są oddawane do ruchu te autostrady, które PiS zablokował z powodów politycznych. Odpowiednie odcinki A1 i A2 były gotowe do rozpoczęcia budowy jeszcze w 2006. Gdyby nie bezsensowna wojna Polaczka z Kulczykiem, śmigałby po nich dziś żywy prof. Geremek.
PiS w ciagu dwóch lat rządzenia zainicjował budowę 110 km, a storpedował budowę 169 km. Rząd PO w ciągu dwóch lat zainicjował budowę 370 km, co czyni go najlepszym rządem w tej branży od czasów rządów Belki i Millera (269 km w cztery lata).
Ale to widzą tylko ludzie, którzy się interesują infrastrukturą. Ciemny lud jak zwykle kupi brednie prawicowych publicystów, że „gdzie te autostrady”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz