Śmierć redaktora Rossa


Szykuję właśnie w Keynote prezentację na spicz o stereotypach dla studentów SWPS. Na jednym ze slajdów pojawi się sterotypowy dziennikarz „Guardiana”, Simon Ross – który wpadł na trop operacji Treadstone, a więc i zbiegłego agenta CIA Jasona Bourne.
Redaktor Ross wie na jakim świecie żyje, ale jednak nie do końca. Użył słowa „Blackbriar” rozmawiając przez zwykły telefon komórkowy. Namierzył go Echelon, a więc ONI już wiedzą, że on wie i zaraz go zabiją. Redaktor (a razem z nim widzowie) jest przekonany, że nie może ot tak po prostu być zlikwidowany pośrodku dworca Waterloo w Londynie, na oczach tysięcy świadków.
Lubię ten film głównie właśnie dla sceny jego śmierci, potem to już jednak wydawało mi się zbyt wtórne wobec Bondów (w tej sprawie kręgi zbliżone do Esensji są głęboko podzielone; nie chcę tu zaczynać świętej wojny, ale co z wami jest nie tak, fanatycy Bourne’a? Siedzę tutaj z moim freelance gigiem i widzę, że Franka Potente zawiesiła się na początku drugiej części…).
O Echelonie – czyli systemie monitorowania telekomunikacji przez CIA – wiadomo tyle, że prawdopodobnie rzeczywiście istnieje, natomiast nie wiadomo jakie dokładnie ma możliwości. Raczej na pewno nie takie jak w filmie, co w wywiadzie przyznaje sam reżyser.
Potem jednak dodaje kapitalny kawałek: „Pamiętam, że gdy kręciliśmy sekwencję na dworcu Waterloo wymyśliliśmy, że byłoby genialnie, gdyby oni mogli przechwycić kontrolę nad kamerami monitoringu. Ale powiedzieliśmy: nie, to niemożliwe, przecież to byłoby oburzające – a potem sprawdzilismy i okazało się, że mogą”.
Redaktor Ross w tym filmie to typowy stock character wykorzystany jako plot device (dopiero w semestrze letnim będę to wykładać po polsku, więc jeszcze mam czas się zastanowić, jak to ładnie powiedzieć). Ma dwa zadania – po pierwsze, jego śledztwo dziennikarskie to bardzo ładne rozwiązanie problemu streszczenia poprzednich dwóch odcinków. Po drugie – jego efektowna śmierć na dworcu Waterloo pokazuje nam, z jak potężnym przeciwnkimem ma do czynienia Jason Bourne.
Słowem – redaktor Ross w filmie rozwiązuje problem ekspozycji, czyli wyjaśnienia widzom, o co w ogóle chodzi i kto kogo goni. Rozwiązuje go w dodatku bardzo elegancko, bo jego śmierć sprawia, że potem nie mamy problemu typu „ale co się stało z tym drugim facetem, który wszedł na statek służbowo razem z Tymem”.
W moim spiczu redaktor Ross to tylko jeden ze slajdów na prezentacji. Dygresja. Przypis. Cwyszenruf. Tak bardzo lubię tę postać, że niech chociaż będzie bohaterem blogonotki. To w końcu w jakimś sensie kolega.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz