Szukając Absolutu

W ramach nieustannego obniżania poziomu swojego bloga postanowiłem zainicjować cykl filozoficznych notek poświęconych poszukiwaniu Absolutu (w ostateczności Finlandii), w których na serio, choć kpiarskim tonem, wyłożę swoje credo. Nie żebym uważał, że mam do zaproponowania jakieś odkrywcze myśli, ale dość często dyskusja zmusza mnie do deklarowania go po kawałku, a tak będę miał jednego poręcznego urla.
Zacznę od epistemologii. W centrum jest u mnie nie sokratejskie „wiem że nic nie wiem” ani kantowskie „skąd wiem, że coś wiem”. Jest pesymistycznie relatywistyczne „może coś wiem a może nie wiem, ale w ogóle kto pyta i jakie są stawki”. Nie wierzę w Metodę przez duże eM ani dochodzenie do Prawdy przez duże Pe. W ogóle w nic nie wierzę, natomiast pewną procedurę cenię sobie bardziej od innych.
Angielska nazwa to „peer review”, po polsku trzeba różnie w różnych kontekstach. Chodzi o kontrolowanie badacza przez innych badaczy. Uważam tę ideę za najważniejszy wynalazek naszej cywilizacji, bo jemu pośrednio zawdzięczamy inne, od antybiotyków po internet. Żartobliwie opisałem to kiedyś w blogonotce „Spisek z Agory”.
Setki lat eksperymentowania z peer review pokazały nam, że pewne działy wiedzy (nauki przyrodnicze) w tej metodzie sprawdzają się rewelacyjnie, pewne (nauki humanistyczne) słabo, inne zaś (mistycyzm) wcale. Kluczem jest możliwość intersubiektywizacji.
Im dalej od namacalności zjawisk przyrodniczych i im bardziej wchodzimy w mroczne tajniki ludzkiej psychiki, tym trudniej o porządny peer review. Literaturoznawca ma ograniczone możliwości wykazania błędnej interpretacji innego literaturoznawcy (o ile tamten nie popełni trywialnego błędu warsztatowego). Natura Lucka jest jak prędkość światła w prożni, im bliżej tym relatywniej.
To nie oznacza, że kwestionuję ważność zagadnień, którymi zajmują się specjaliści od etyki, psychoanalizy czy filmoznawstwa – jestem tu tylko sceptyczny co do możliwości wypracowania w tych dziedzinach takiego konsensusu, jak w naukach ścisłych. Zdanie typu „wybitny etyk powiedział…” ma dla mnie mniejsze znaczenie od zdania „wybitny biolog powiedział…” (zakładając ofkors, że obaj trzymali się swojej branży).
Dlatego właśnie z powagą traktuję kwestię globalnego ocieplenia – bo tam już dawno temu nauka osiągnęła peer-reviewowy konsensus i głosy krytyczne słychać spoza kręgu specjalistów. Dlatego też, z drugiej strony, opinie profesora Leszka Balcerowicza są dla mnie tylko prywatnymi poglądami jednego z wielu ekonomistów.
Nie nazwałbym swojego podejścia do „peer review” wiarą. Wiara, tak mi się w każdym razie wydaje, powinna się wiązać z poczuciem pewności. Credo nicejskie nie zaczyna się przecież od „Nie wykluczam istnienia Boga Ojca, zapewne wszechmogącego, przypuszczalnie stworzyciela nieba i być może także ziemi”, a ja tak mniej więcej traktuję „peer review” („mam nadzieję, że inżynier projektujący ten most był kontrolowany przez innych inżynierów”).
Peerreviewowo staram się też prowadzić swojego bloga. Gdy komuś zarzucam głupotę albo kłamstwo, zarzucam odnośnik do źródeł, które doprowadziły mnie do takiej oceny. Cholera wie, może jednak Ziemkiewicz czytał więcej ode mnie o lustracji w Niemczech albo Migalski lepiej ode mnie zna francuski. To byłoby nawet możliwe, bo moje informacje o lustracji w Niemczech pochodzą z jednej książki („Transitional Democracy”), a na dźwięk mojego francuskiego Paryżanie przechodzą na angielski.
Zawsze jestem więc gotowy na refutację. Szkoda, że tak rzadko mam okazję…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz