Teraz odtwarzane (97)


Wpadła mi w ucho polska piosenka, co jest zdarzeniem tak rzadkim, że absolutnie zasługującym na blogonotkę. Jako malkontent zacznę od narzekania, że – jak zwykle w polskiej muzyce rozrywkowej – piosenka ma fatalnego wokalistę. Przynajmniej nie fałszuje, to zawsze już coś, ale głosik ma cienki i nieciekawy.
Nie wykluczam, że po odpowiednim wyszkoleniu ktoś by z niego zrobił Jarvisa albo Elvisa. Ale wyszkolenia jeszcze nie było, więc mamy tutaj typowy polski wokalny odpowiednik grania jednym paluszkiem na fortepianie.
Ale te minusy nie przesłaniają mi plusów, do których należy sympatycznie pastiszowa melodia i surrealistyczny tekst o powodzi niszczącej Hollywood.
Radosna dezynwoltura tekściarza ratuje niedociągnięcia wokalisty (nie wiem, czy to ta sama osoba). Tekst zbudowany jest na prostych rymach, jakie da się wymyślić do „Hollywood” w kontekście kataklizmu („nurkowie mają pracy w bród” itd.), co skojarzyło mi się z równie uroczo bezsensownym tekstem Agnieszki Osieckiej dla Maryli Rodowicz do „Ballady wagonowej”, jednego z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa.
Osiecka pisała o trzech pasażerach, których pociąg wiózł od Cheetaway do Syracuse. Chciałem nawet zaliczyć tę trasę podczas swojej wielkiej amerykańskiej wyprawy, ale o ile mniej więcej wiadomo, gdzie jest Syracuse, NY – to Google Maps i Garmin NuVi brzęczały sobie na moje nieśmiałe pytania o miejscowość Cheetaway.
Jest „Cheetah Way”, ale cholernie daleko, więc to raczej nie to. Skąd Osiecka wzięła tę nazwę? Według samej Rodowicz, autorka jechała pociągiem na takiej właśnie trasie. W co nie wierzę, ale piosenka rzeczywiście robi wrażenie swobodnej gry skojarzeń związanych z dwiema realnymi miejscowościami.
Aż tak mi nie zależało, więc szerokim łukiem I-95 ominąłem w końcu i Syracuse, i (widmowe) Cheetaway. Moja wyprawa zresztą silniej związana była z globalnymi snami o Hollywood, niż lokalnymi saskokępowymi snami o romantycznej miłości.
Śnij globalnie, śpiewaj lokalnie, tak bym złośliwie podsumował piosenkę Dick4Dick. Piosenka jest fajna i zapewne łatwa do przełożenia na angielski (ileż się da wymyślić równie prostych rymów – dude, stood, should?), ale póki zespół sobie nie znajdzie lepszego wokalisty, lub wokalista trenera, nie wróżę mu kariery na zachód od Odry i Nysy.
Believe me guys, your really should/To conquer Hollywood/I’m telling truth, oh why I would/lie like in Hollywood?/After all, I’m a nice dude/And I love Hollywood. Ta piosenka naprawdę uzależnia…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz