Kloniarze szlochają na mrozie

W grudniu miałem trochę złośliwego ubawu czytając blogowe opowieści, których wspólnym mianownikiem było „na normalnym systemie nie do pomyślenia”.
W Psychiatryku, jak wiadomo, osobliwie sobie cenię temat rozłamów, odejść, pożegnań (i powrotów). Bloger Maddog, który najpierw działał w Psychiatryku, potem się pokłócił z Tekstowiskiem, wrócił ostatnio do Psychiatryka jako nieunikniony Cień Maddoga.
A potem go albo wywalili, albo sam się znowu obraził, albo nie wiem już co – bo on zamiast to opisać, w najciekawszym momencie zmienił temat na swoim blogu. Wirus zniszczył mu komputer: „bydlę jest typu malicious, nazywa się BLASTER.WORM. Po włączeniu komputera blokuje uruchomienie każdej aplikacji. Jeśli macie jakiś pomysł, będę wdzięczny za pomoc”.
No ja mam dla Ciebie pomysł, drogi Maddogu. Dostałem go w poświątecznych życzeniach od mojej ulubionej wrednej korporacji, która rozesłała klientom maila z uroczym tematem: „Wasn’t under the tree? Get it now from the Apple Store”.
Wirusy to strasznie zabawny temat w rozmowach z kloniarzami, bo przeważnie się zarzekają, że ten temat jest już nieaktualny – owszem, kiedyś, był z tym problem, w tych okropnych czasach DOS-u, Win 3.11, Win 95, Win 98 czy Win Me.
Ale teraz, po pierwsze Win XP/Win Vista/Win 7 jest już tak nowoczesny i bezpieczny, że w ogóle problemu nie ma. A po drugie, są tak świetne programy jak Kaspersky czy Avast, które za niewygórowaną cenę potwornie upierdliwego paraliżowania komputera regularnymi uaktualnieniami, ten problem rozwiązują.
Well, jakoś nie Maddogowi.
Jeszcze śmieszniej jest jednak, kiedy kloniarz załamany problemami z Windowsami, przestawi się na Linuksa. To system, który moze i ma swoją popularność na korporacyjnych serwerach, ale to jeszcze nie jest powód, żeby go używać na domowym komputerze.
Firmowe serwery nie potrzebują obsługi, dajmy na to, formatu RAW w aparacie cyfrowym ani internetu ciągniątego przez bluetooth z komórki. Używanie w domu systemu dla serwerów kończy się na przykład tak jak u Krzysztofa Leskiego:
grzebię w fotkach, które córa robiła parę dni temu. Miały być piękne, więc doradziłem jej, by zapisywała w formacie RAW…
Mysz zezłościła się potem mocno, bo spostrzegła, że nie ma żadnego programu potrafiącego otworzyć RAWa. Ściągnęła sobie, ale, drań jedeń, zainstalować się nie chciał. Wrzuciłem fotki do siebie – i okazało się, że kolory mają poniekąd losowe. Córa obraziła się na dobre i o fotkach zapomniała”.
Słowem – dramat rodzinny z cyklu „z życia kloniarzy”. Macbook wyjęty z pudełka nie tylko by zassał te fotki jako RAW, to jeszcze potrafiłby je, na przykład, automatycznie przeszukać pod kątem odnalezienia oblicza Galopującego Majora na jednej ze słynnych vo duyen imprez psychiatrycznych.
Najbardziej żenujący tekst zachowałem jednak na finał – Leski przynajmniej powstrzymał się przed obwinianiem Wszetecznych Korporacji o to, że badziewny system nie obsługuje elektroniki konsumenckiej. Niejaki Jaś Kapela ze środowiska Krytyki Politycznej poleciał tymczasem w ideolo opisując, jak badziewny smartphone nie chce działać z badziewnym systemem na jego badziewnym netbooku.
Jaś Kapela kupił smartfona HTC Magic, bo jego system „jest oparty na Linuxie” i teraz szlocha, że ten smartfon nie umie się dzielić swoim połączeniem internetowym. „Ale dlaczego nie ma postępu? Skoro nie jestem zapewne jedyną osobą, która chciałby mieć internet w laptopie niezależnie od miejsca pobytu” – pisze swoim charakterystycznym niestrawnym stylem (BTW: ktoś z PT komentatorów dotrwał do końca tej nieszczęsnej powieści?).
No ja na przykład chciałbym mieć. I mam. U mnie to wygląda tak, że na swoim Macbooku wchodzę w ikonkę symbolizującą Bluetooth i wybieram opcję „Join Network on [tu osobista nazwa urządzenia]”. Po chwili Macbook łapie połączenie, o ile tylko ma je także mój iPhone (uczciciwe dodam, że z tym w Bolandzie bywa różnie, zwłaszcza w pociągu, a więc tam, gdzie człowiekowi zależy najbardziej).
Oczywiście, na temat mojego systemu operacyjnego Lipszyc z Bendykiem nie będą opowiadać drętwych pogadanek ideolo. Ale ja w kasie nie zapłaciłem za ideolo – zapłaciłem za to, żeby działało.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz