Powrót prawicowego porno


W empikach można zauważyć pierwszy egzemplarz nowego pisma „Ruch”, z okładki którego topornie wykadrowałem powyższą grafikę. Mam nadzieję, że autorka mnie nie zabije, ale na moim blogu wszystko musi być poziome, taki lejałt po prostu.
W piśmie znalazł się mój artykuł, będący w dużym stopniu recyklingiem dygresji wyciętej z mojego głośnego tekstu o motywach erotycznych w polskiej prozie prawicowej. Pewien wątek moi redakcyjni koledzy uznali za atrakcyjny tylko dla tropicieli bardzo niszowych form popkultury. Mile widzę takowych na moim blogu.
Twierdzę w tym wątku, że szlak memetycznego rodowodu „naturalnej uległości kobiecej” – motywu tak istotnego w prozie Ziemkiewicza, Grzędowicza czy Wildsteina – prowadzi do cyklu powieści o planecie Gor niejakiego Johna Normana, który zapoczątkowała w 1967 powieść „Tarnsman of Gor”.
Norman w realu nazywa się John Frederick Lange i jest mało znaczącym wykładowcą akademickim. Powieść traktuje o mało znaczącym wykładowcy akademickim nazwiskiem Earl Cabot, który przypadkowo dowiaduje się, że jest spadkobiercą rodu wojowników z planety Gor – która obiega Słońce dokładnie odwrotnie niż Ziemia, dlatego mało kto wie o jej istnieniu.
Razem z tym odkryciem Earl Cabot poznaje sposób podrózy na Gor – miłośnika science-fiction czeka niestety rozczarowanie, bo autor nie wdaje się w detale. Jego bohater po prostu dziedziczy MacGuffina razem z instrukcją obsługi.
Ale też i nie o podróże kosmiczne tutaj chodzi, bo głównym tematem cyklu jest opis społeczeństwa, w którym nigdy nie wynaleziono emancypacji kobiet. W związku z tym Earl Cabot nareszcie może zacząć żyć pełnią męskiego życia.
Pierwsze powieści z tego cyklu jeszcze jako tako udawały pulpowatą space operę w stylu Burroughsa, cykl ewoluował jednak w stronę erotycznych fantazji, bo autora (i jego fanów) najwyraźniej coraz bardziej nakręcały wizje różnych zrytualizowanych form poddaństwa kobiet na planecie Gor.
Norman tłukł powieść za powieścią. Przechodziły raczej bez echa, aż nadeszły lata 90. i doczekały się nowej fali popularności za sprawą Internetu i sieciowej subkultury BDSM.
Najbardziej zabawne w prozie Normana są fragmenty, w których prowadzi on subiektywną narrację z punktu widzenia uległej kobiety, szalenie podekscytowanej tym, że za chwilę jakiś mężczyzna okaże jej swą władczą władczość. Zostało to mistrzowsko sparodiowane w żartobliwym tekście o roślinach doniczkowych z Gor.
Nie podejrzewam Ziemkiewicza ani Wildsteina o znajomość powieści Normana choćby dlatego, że nie wydano ich po polsku. Ale mógł je znać Paweł Solski, pionier polskiej prawicowej fantastyki erotycznej. Solskiego prawdopodobnie Ziemkiewicz już czytał (a Wildstein Ziemkiewicza), zakładam więc mniej więcej taki szlak przepływu memów.
Fandom powieści o planecie Gor nie ma łatwego życia. Główny nurt fandomu science-fiction nie lubi ludzi, którzy się przebierają w kostiumy w celach innych, niż gadanie o dilithium. Na Zachodzie co jakiś czas dochodzi więc do przeganiania goreańczyków z oficjalnych konwentów science-fiction (w sumie podobny problem jak z furriesami).
Jeszcze śmieszniej jest kiedy policja otrzyma zawiadomienie o tym, że w jakimś budynku przetrzymywana jest związana kobieta. Tu odeślę czytelników do strasznie zabawnego niusa z BBC zaczynającego się od „A sex slavery cult based on a series of 1960s science fiction novels has been uncovered by police in Darlington”.
Bottom line jest takie, że na Zachodzie ludzie z grubsza potrafią odróżniać fantazję od rzeczywistości. Polscy prawicowi autorzy natomiast prowadzą taką narrację w sposób sugerujący, że oni naprawdę wierzą, że taka właśnie jest prawda o kobietach i mężczyznach. To jakby wierzyć w dilithium.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz