Saraceni i Maurowie

Od Mikołaja, który dokładnie zna moje najskrytsze marzenia, dostałem album „Cool Hotels”. Zainspirowało mnie to do grudniowego rankingu od czapy (a już sam sobie chciałem dać dyspensę z powodu ogólnego przepracowania).
Zastrzeżenie metodologiczne: nie będę tu pisać o najfajniejszych hotelach, w jakich byłem „tak w ogóle”, bo jak się jest w moim wieku, to się już było parę razy zaproszonym na kongresy różnych futurologów odbywające się w hotelach, na które w normalnych warunkach mnie nie stać. Zawsze z zimną zawiścią czytam teksty kolegów z działu naukowego typu „relacja z konferencji oftalmologów w Kuala Lumpur”, bo oczami wyobraźni widzę tego Sheratona piękniejszego niż oczy szatana.
W rankingu opiszę więc hotele, w których dwójka kosztuje kilkadziesiąt euro, a więc poniżej polskiej przeciętnej. Pomijając już to, że w Polsce po prostu nie ma takich gór, takiego morza czy takich zabytków, jak opisane poniżej.

Zacznę od hotelu, o którym już pisałem na tym blogu jako o miejscu, w którym po raz pierwszy usłyszałem Camille. Nazywa się Le Robur, na zdjęciu widać napis na jednym z budynków. Jego nazwa to jednocześnie pierwotna łacińska nazwa dzisiejszej miejscowości Roure.
Jak widać na załączonym obrazku, to jedna z „villages perches”, miejscowości ukrytych wysoko w górach przez ludzi, którzy w średniowieczu uciekali z pustoszonych przez najeźdźców wybrzeży Morza Śródziemnego. Z okien hotelu rozciąga się zabójczy widok na dolinę rzeki Tinée – założycielom wioski ten widok dawał jakieś parę godzin na spakowanie dobytku, jeśli wypatrzyli kolejny najazd Saracenów na Niceę.
Miasteczko jest niedostosowane do ruchu kołowego. Samochód trzeba zostawić na drodze, dobudowanej dopiero po drugiej światówce. Do roku 1962 działał prymitywny wyciąg, którym mieszkańcy otrzymywali zaopatrzenie z położonego niżej Saint-Sauveur-sur-Tinée.
Jesteśmy tu godzinę jazdy od lazurowego wybrzeża, ale jednocześnie już w górach (1200 m npm). Hotelowa restauracja oferuje „une cuisine élaborée”. W skrócie: moje wyobrażenie raju.

Bo najbardziej lubię, kiedy hotel oferuje podstawowy komfort – naprawdę nie chodzi mi o nie wiadomo jakie bajery, po prostu o smaczne jedzonko, wygodną łazienkę i miękkie łóżeczko. Ale wszystko położone w miejscu tak niewyobrażalnie malowniczym, że nie da się niewulgarnie opisać piękna widoku za oknem.
A już najfajniej to jest wymknąć się nocą na spacer, trochę się przestraszyć dzikiej przyrody zaczynającej się tuż za parkingiem, trochę może nawet zmarznąć. A potem wrócić do hotelowej knajpy i rozgrzać się kielichem czegoś smakowitego.
Polecam z tego punktu widzenia małą żółtą plamkę pośrodku powyższego zdjęcia, czyli Glocknerhaus, pensjonat przy słynnej austriackiej Grossglockner Hochalpenstrasse – 2133 m npm, dookoła same tylko topniejące lodowce, kozice i świstaki. Cisza jak się wyjdzie nocą na spacer jest po prostu niesamowita. A w środku można się całkiem nieźle posilić na przeszklonej werandzie (tam już nie ma klimatu na otwarty taras).
Spędziłem tam z rodziną tylko jedną noc – spotkaliśmy grupę polskich motocyklistów jadących na zlot motocykli BMW gdzieś w Bawarii. Domyślam się, że na dwóch kółkach fajnie się jeździ po tych serpentynach; choć oczywiście na czterech jest dwa razy fajniej.

W Sierra Morena dzikiej przyrody już nie ma, ale i tak zachowałem przemiłe wspomnienia z hotelu Banos, który był główną bazą wypadową do moich podróży szlakiem Alfonsa van Wordena, kapitana gwardii walońskiej. Powyżej widok z tarasu tej dwójki za 60 euro (w profilu na blipie mam siebie na tle tego widoku).
Jest to widok na zamek zbudowany w roku 968 przez Al Hakana II, syna Abd El Rahmana III. Jak się myśli o takich rzeczach, człowiek zaczyna gadać Potockim, na tym więc poprzestanę, dodając jeno, że chrześcijańskie wojska zajęły porzuconą twierdzę bez walki. Legendy o złych duchach i mauretańskich klątwach sprawiły, że nikt w tym zamku nie zamieszkał, chrześcijańscy osadnicy zbudowali miejscowość w cieniu jego murów – w obrębie tych murów chowając jedynie swoich zmarłych.
Słowem, nocny spacer też może przestraszyć i też się po nim przyda szklaneczka czegoś z woltażem. Zwłaszcza w hotelowej restauracji, żeby potem już tylko hop do łóżeczka.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz