Tym razem bardzo na serio

Unikałem dotąd na blogu tematyki konfliktu bliskowschodniego, bo każde zajęcie stanowiska grozi wylądowaniem w obozie proizraelskim, propalestyńskim, antyizraelskim lub antypalestyńskim. Ja na żaden z nich nie mam ochoty, Nie chcę, żeby mój wywiad z Ewą Jasiewicz zadecydował o przypisaniu mnie do któregokolwiek z obozów „pro” czy „anty”, więc na wszelki wypadek wyrażę swoje stanowisko explicite.
Jeśli w ogóle blisko mi do jakiegokolwiek obozu „pro”, to nazwałbym go „prohumanitarnym”. Podczas wojny domowej w byłej Jugosławii nie byłem ani prochorwacki ani antyserbski ani proalbański ani antymuzułmański. Co nie znaczy, że nie zajmowałem żadnego stanowiska, to tylko znaczy, że odrzucam dyskurs nacjonalistyczny.
Podmiotem są dla mnie przede wszystkim ludzie zamieszkujący dane terytorium. Flagi takie czy siakie, to już kwestia drugorzędna. Liczy się dla mnie szukanie rozwiązania optymalnego dla tych ludzi.
To oznacza, że padający czasem podczas takich debat argument w postaci dramatycznego pytania retorycznego – „a co gdyby w Polsce jakaś mniejszość się chciała odłączyć”, zbywam wzruszeniem ramion. Póki Polska jest krajem szanujacym prawa człowieka, nie będzie takiego problemu. A jeśli wyhoduje na swoim terytorium irredentę np. masowo gwałcąc prawa jakiejś mniejszości, nie będę tego państwa uważał za swoje.
Dyskurs humanitarny prowadzi mnie czasem do potępienia jakiegoś państwa za jego działania wymierzone przeciwko prawom człowieka. Nie interesuje mnie wtedy usprawiedliwienie typu „walczymy z groźnymi terrorystami”. Bez względu na to, jak groźny jest przeciwnik, żadne państwo nie może np. stosować tortur albo łamać konwencji o zasadach prowadzenia wojny.
Dyskurs humanitarny może więc prowadzić do sytuacji, w której jedną stronę konfliktu oceniamy bardziej surowo od drugiej. Kiedy wojnę toczą ze sobą Syldawia i Borduria, sprawa jest stosunkowo prosta, bo obie strony należy pilnować pod względem przestrzegania konwencji haskich i genewskich.
Kiedy jednak Syldawia zwalcza podziemną organizację o nazwie Bordurski Front Separatystów, pojawia się asymetria: BFS nie jest tworem państwowym, więc nie jest stroną owych konwencji. Syldawia jest – więc ją obowiązują. A więc żołnierzom wojsk syldawskich w pewnym sensie wolno „mniej” niż bordurskim partyzantom czy terrorystom.
Tylko że taka asymetria wpisana jest w samą ideę państwa jako instytucji mającej monopol na przemoc na danym terytorium. Ten monopol wiąże się z powinnością samoograniczania. Podobnie policjantowi ścigającego przestępcę też wolno „mniej”, bo nawet jeśli obaj mają identyczne pistolety, policjanta obowiązuje procedura np. zabraniająca strzelać bez uprzedzenia.
Tak krążę opłotkami i metaforami, bo łatwiej mówić o Syldawii i Bordurii niż o Izraelu i Palestynie. Nie chcę być postrzegany jako „swój” ani przez ludzi przepojonych wrogością do Izraela jako takiego, ani wrogością do islamu jako takiego.
Chcę, żeby wszystkie państwa uczestniczące w konflikcie izraelsko-palestyńskim stosowały prawo międzynarodowe. A więc na przykład konwencje dotyczące blokady morskiej lub traktowania ludności cywilnej na okupowanym terytorium.
Niestety, w tej chwili nie ma państwa palestyńskiego, więc nie mogę go krytykować za ewentualne naruszenia praw człowieka i praw wojennych – ale będę to oczywiście robić, jeśli takie państwo powstanie i zarzuty będą mu stawiać organizacje, do których mam zaufanie, takie jak Amnesty International czy Human Rights Watch.
Nie odmawiam Izraelowi prawa do istnienia, nie odmawiam Izraelowi prawa do obrony. Nie odmawiam mu nawet prawa do stosowania zbiorowych represji wobec ludności cywilnej, bo Izrael zrobił to za mnie. Odebrał sobie to prawo 6 lipca 1951, ratyfikując IV konwencję genewską.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz