Wrocławscy maturzyści pod choinką

Nagłe objawienie się w polskim dyskursie wrocławskich antyklerykalnych maturzystów traktuję jako niespodziewany prezent od Santa Clausa (tego fajnego z konsumpcyjno-cywilizacjośmierciowych reklam, a nie tego zdziwaczałego tureckiego biskupa). Może to oni za pięć lat będą kandydatami z list tej lewicy, którą wreszcie powoła do życia Sierakowski?
W Psychiatryku krążą teorie spiskowe, że tak naprawdę Zuzanna Niemier i Arkadiusz Szadurski są prezentem od przywódcy jakiegoś wszetecznego spisku, najprawdopodobniej jak zwykle Michnika. Chciałbym korzystając z okazji serdecznie podziękować wszystkim spiskowcom, którzy się przyłożyli do tej akcji (i oczywiście Adamowi, który niewątpliwie w taki czy inny sposób mniej lub bardziej pośrednio się do niej przyczynił).
A Fundacji Helsińskiej – jeśli doprowadzi do tego, że Legutko rzeczywiście beknie za swój chamski komentarz – obiecuję więcej niż jeden procent od swojego podatku za przyszły rok.
Niestety, SLD postanowiło dać prezent gwiazdkowy Platformie Obywatelskiej i wystawić Jerzego Szmajdzińskiego jako kandydata w wyborach prezydenckich. Moją ostatnią nadzieją na kandydata, na którego będę mógł zagłosować bez mniejszego lub większego poczucia obrzydzenia, jest profesor Nałęcz – ale tutaj obawiam się najgorszego.
Skoro będzie on kandydatem szczątków dawnej „centrolewicy”, to spodziewam się powtórki żenady z wyborów do europarlamentu. Albo nie zdążą zebrać podpisów, albo zdążą ale zgubią, albo nie zgubią ale zapomną złożyć w terminie. Albo szefem sztabu zrobią polityka Samoobrony, więc i tak mimo sympatii i szacunku do Nałęcza, nie będę na nich głosować.
Antropologicznym sensem święta uczty i podarków koło przesilenia zimowego jest dawanie nadziei sobie nawzajem – właśnie wtedy, gdy noc jest najstraszniejsza i wydaje się, że horyzont połknie Słońce i nie odda z powrotem. Jako lewicowy wyborca dlatego właśnie cieszę się z wrocławskich maturzystów – są nadzieją na przyszłość polskiej lewicy, której teraźniejszość wygląda w najwyższym stopniu tak sobie.
Nadzieją polskiej lewicy od lat jest niezmiennie środowsisko Sierakowskiego, co trochę zaczyna przypominać sytuację z arsenkiem galu (który jest półprzewodnikiem przyszłości i zawsze nim będzie). Obserwuję ich z ogromną sympatią, a więc z zewnątrz.
Żadnej partii politycznej, której dobrze życzę, nie życzę takich działaczy jak ja – jestem leniwy, jestem wygodnicki, nie umiem spać byle gdzie i zaspokoić głodu byle czym. Nie ma tak ciekawej rozmowy, dla której chciałoby mi się wytrzymywać smród czyichś papierosów. I tak dalej.
Zawsze gdy widzę ludzi Krytyki Politycznej, widzę swoje zaprzeczenie. Widzę ludzi, którzy albo bardzo ciężko pracują, albo przynajmniej przekonującą to symulują (JESUS IS COMING! LOOK BUSY!). Either way, wyglądają na bardzo sprawny aparat partyjny. Tyle że jeszcze bez partii.
Rozumiem ostrożność Sierakowskiego. Polska scena polityczna pochodzi z nieprawego łoża: politycy wyłonieni w sposób niedemokratyczny w roku 1989 podzielili między siebie całą scenę i stworzyli system utrudniający dostęp nowym graczom. Dlatego chociaż etykietki są inne, to w Sejmie tak jak w 1991 roku mamy tego samego Tuska z tym samym Pawlakiem przeciw temu samemu Kaczyńskiemu z tym samym Macierewiczem.
Sierakowskiego czeka szturm na solidnie ufortyfikowaną cytadelę. Na szczęście Olejniczak z Napieralskim tak beznadziejnie głupio zarżnęli swoją koncesję na prowadzenie jedynej lewicowej partii w Polsce, że pojawi się szansa na zajęcie ich miejsca – zwłaszcza po kompromitującej porażce Szmajdzińskiego w wyborach prezydenckich, na którą się zanosi.
Sierak, w życiu każdej strzelby Czechowa przychodzi taki moment, w którym ta strzelba powinna wypalić. Sobie i Tobie życzę na Święta, żebyś go nie przegapił.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz