Projekt prawa prasowego i czyjaś stara

„Kolejny projekt noweli Prawa prasowego zabiera prawa dziennikarzom” – napisał Vagla, więc się przestraszyłem i przeczytałem jego blogonotkę. Na szczęście okazała się przegięta jak portalowe linki z cyklu „Szok! Wzrasta nam klikalność!”.
W rzeczywistości Vagla wymyślił sobie bardzo pojemną definicję „dziennikarza” (obejmującą najwyraźniej dowolnego blogera) i narzeka, że rządowy projekt tę definicję zawęża. Zabiera więc on prawa „dziennikarzom” tylko w sensie „pacjent serwisu Psychiatryk24”. Ja jednak żadnych nie stracę.
Rzadko mi się chce uczestniczyć w sporach o to, kto jest „dziennikarzem” a kto „media workerem”. Określenie „czwarta władza” uważam za idiotyczny greps. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, wykonuję swój zawód tak samo jak wykonuje się zawód hydraulika – przepycham rury, bo mam zlecenia na przepychanie rur. Znikną te zlecenia, przejdę na układanie glazury.
Nie przypominam sobie przez kilkanaście lat pracy w tym zawodzie takiej sytuacji, w której ustawowa definicja dziennikarza była mi do czegokolwiek potrzebna. Słynna „tajemnica dziennikarska” w mojej praktyce zawodowej nie ma przecież kompletnie znaczenia i dotyczy to co najmniej 90% moich kolegów po fachu.
Korzystam czasem z instytucji dostępnych tylko dziennikarzom takich jak pokazy prasowe. Ale te też dzielą się na otwarte, na które wpuszczają nawet Dobrego Piotrka – i bardziej zamknięte, na które wpuszczają według imiennej listy albo wręcz sekretnego esemesa.
Jeśli na takiej liście się znajdę, to nie dlatego, że tak mówi ustawa, tylko dlatego, że dystrybutorowi zależy na mnie i/lub mojej redakcji. A więc tu też istotne dla mnie nie są definicje ustawowe tylko bycie wskazanym – jak by to ujął Vagla – enumeratywnie.
Vaglę zdaje się drażnić to, co mi w rządowym projekcie wydaje się najbardziej sensowne: pozostawienie blogerom tego, czy chcą w sieci uprawiać wyłącznie luźne rzucanie notek dla prywatnej zabawy – czy też chcą swoją działalność sformalizować, rejestrując się jako „prasa” by korzystać z symbolicznych ustawowych przywilejów.
Dla mnie ten podział jest naturalny. Sam jestem blogującym dziennikarzem i inaczej piszę dla przyjemności, inaczej w ramach wykonywania zawodu. W profesjonalnym wydawnictwie kluczowa wydaje mi się interakcja autor/redaktor – to dobrze, gdy tekst ktoś inny czyta świeżym okiem i wnosi poprawki.
Na prywatnym blogu tego nie ma, a więc nieuchronnie jest towarem gorszej jakości. Nie ma redaktora, więc wszystko wolno. To fajne dla autora, ale niekoniecznie czytelnika – bo nikt nie poprawi figury stylistycznej mętnej niczym koloidalna zawiesina BaSO4.
Co z „osobą jednoosobowo redagującą treści”, martwi się Vagla (dowodząc tym samym, że przydałaby mu się redaktor drugoosobowy). A co ma być? Jak jej zależy na bawieniu się w prasę, niech się rejestruje.
Większości blogerów to zbędne. Ja bloguję for teh lulz, podobnie jak wszyscy blogerzy, do których regularnie zaglądam. Sztywniaków traktujących swoje blogi jako „prasę” omijam bo przynudzają. Ale jeśli Vagli zależy na formalnym zarejestrowaniu swojego bloga i wystawieniu sobie legitymacji prasowej z numerem 000001 – nikt mu nie broni.
Uważam, że powinno istnieć prawne rozróżnienie internetowych serwisów prowadzonych dla osobistej przyjemności i tych, które próbują być „elektroniczną prasą”. Przyda się choćby dla realizacji podstawowej funkcji mediów w kapitalizmie, czyli pozyskiwania reklamy.
Przypuszczam, że dla potencjalnego reklamodawcy istotne może być to, czy ktoś traktuje swojego bloga na tyle serio, że chciało mu się go rejestrować. Nie czytam blogów komercyjnych, nie pojmuję co ludzie widzą ciekawego w relacjach jakiegoś fajtłapy o nieudanej próbie zrobienia budyniu – ale szanuję istnienie takiej luki rynkowej.
Cieszę się, że prawo pozwoli wyraźniej odróżniać poważne blogi od mojego, robionego dla własnej przyjemności.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz