Now Playing (103)


No i proszę – a jednak nawet w czasach postmodernistycznej kultury coveru, remiksu i mashupu jestem ciągle w stanie odpowiedzieć na pytanie o swój ulubiony gatunek muzyczny. Co jakiś czas słuchając na przykład Becka czy Kasabian uświadamiam sobie, że jednak ponad wszystko cenię sobie muzykę rockową łączącą brzmieniowe eksperymenty z konserwatywną wiernością zasadom rockowej struktury (intro/zwrotka/przejście/zwrotka/refren/solo etc. – kolega m3 na pewno ładniej umiałby to ubrać w te wszystkie subdominanty i arpeggia).
A najbardziej lubię muzykę rockową, która na pierwsze przesłuchanie daje lekkiego mindfucka: czy to współczesna kompozycja czy też odnalezione w koszu na Abbey Road odrzuty z sesji wczesnego Pink Floyd albo późnego The Zombies? Bracia i siostry, którzy też lubicie takie klimaty, mam dla was australijską grupę, która rządzi w tym gatunku: Crayon Fields.
Było to dla mnie jedno z tych objawień muzycznych typu: jadę sobie niewinnie samochodem, w radiu niespodziewanie łapię coś absolutnie przenajgenialniejszego, pośpiesznie zjeżdżam na pobocze, nerwowymi ruchami wygrzebuję Ajfona modląc się do Cthulhu, żeby piosenka leciała jeszcze dość długo by maszyneria ją zidentyfikowała – a po powrocie rzucam się do ściągania z Ajtjunsów.
Kawałkiem, który mnie powalił w samochodzie było „All The Pleasures In The World”. Z tego co ściągnąłem najlepsze wydaje mi się „Mirror Ball”. Ale w ogóle podoba mi się wszystko co ten zespół nagrał, a nie jest tego na razie wiele, więc równie łatwo być fanem Crayon Fields jak Andrzeja Bursy.
Nie wiem czego słucha subkultura emo – może właśnie tego, bo to delikatne i jakby melancholijne? Ale teksty tych piosenek nie są o tym, żeby się pochlastać. „Mirror Ball” ma wymowę bardzo optymistyczną. To wyznanie miłości, miłości która już trochę trwa, skoro podmiot liryczny dziwi się trochę temu, że czuje się przy obiekcie swoich uczuć jak dziewica na imprezie.
Śliczna metafora. Wydawało mi się, że wyszła spod klawiatury kogoś w wieku średnim, wyglądającego mniej więcej jak John Locke z „Lostów”. Tymczasem Geoff O’Connor wygląda jak młody Ben Linus (ten jeszcze sprzed wyrżnięciem DHARMA Initiative, grany przez Sterlinga Beaumona). Może on w ogóle założył zespół, żeby stracić dziewictwo?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz