O bohaterskiej śmierci


Pod wpływem żałoby kwietniowy ranking postanowiłem poświęcić ludziom, których szanuję za bohaterską śmierć z altruistycznych pobudek. Nie znam piękniejszego przykładu od ofiar amerykańskiego „lata wolności”.
Pożyczyłem książkę „Freedom Summer” od redaktora Adama Leszczyńskiego, który chyba o tym zapomniał, a ja się niespecjalnie narzucam z przypominaniem (to karma – sam w ten sposób mnóstwo książek potraciłem!). To lektura jeszcze bardziej fascynująca od filmu Alana Parkera „Missisipi w ogniu”, którego trailer mamy powyżej.
Film jest luźno oparty na morderstwie trzech działaczy praw obywatelskich w czerwcu 1964. Dwaj przyjezdni z Nowego Jorku (20-letni student antropologii Andrew Goodman i 24-letni doktorant socjologii Michael Schwerner i ich miejscowy pomocnik, 21-letni James Chaney) zostali aresztowani pod zmyślonym zarzutem przez szeryfa Cecila Price.
Price oficjalnie twierdził, że ich wypuścił wieczorem – ale w rzeczywistości oddał ich w ręce Ku-Klux-Klanu, do którego sam należał. Goodmana i Schwernera zastrzelono, Chaneya zakatowano na śmierć drągami i łańcuchami. Ciała wrzucono do bagna.
Według oficjalnej wersji działacze po prostu zniknęli bez śladu. „To komuniści, więc pewnie uciekli na Kubę” – skomentował to gubernator Missisipi Paul Johnson.
Ku-Klux-Klan „znikał” w ten sposób różnych ludzi od dziesięcioleci. Bezkarnie, bo morderstwo to zbrodnia stanowa. A więc – ścigana przez policję stanową. A więc – bezkarna dla Ku-Klux-Klanu.
Gdy później FBI poszukiwało ciał zamordowanych, przypadkowo wyłowiono z pobliskiej rzeki dwa inne zmasakrowane ciała. Do dziś nie wiadomo czyje.
FBI zostało zmuszone do prowadzenia dochodzenia osobiście przez prezydenta Johnsona. J. Edgar Hoover nienawidził lewackich żydowskich studentów, jego agencja była bardziej zajęta gromadzeniem haków na pastora Kinga niż tropieniem tych, którzy chcą go zabić.
Ciała odnaleziono, ale władze stanu Missisipi długo sabotowały wymierzenie sprawiedliwości. Szeryf Price (w filmie wzorowaną na nim postać gra Brad Dourif) zginął śmiercią prawdziwego Amerykanina, spadł w 2001 z podnośnika w centrum handlowym.
Tylko wyjątkowa długowieczność Edgara Raya Killena, szefa miejscowego Ku-Klux-Klanu sprawiła, że w 2005 roku zaczął on odsiadywać wyrok trzech łącznych 20 lat więzienia. Jako 80-letni staruszek na wózku (no nic na to nie poradzę, podoba mi się ten amerykański brak przedawnienia).
Śmierć 25-latka takiego jak Schwerner – który magisterkę zrobił na Cornell, a doktorat robił na Columbii – budzi mój najwyższy możliwy podziw. Poświęcił życie, które zapowiadało się na życie w komforcie i przywileju, życie nowjorskiej wyższej klasy średniej. Poświęcił je nie w walce o swoją sprawę, ale w walce o sprawy ludzi, z którymi nie łączyły go żadne interesy.
Imponują mi też działacze KOR czy wspomniany pastor King, ale oni jednak walczyli także o swoje prawa. Tysiąc z hakiem studentów czołowych amerykańskich uczelni, którzy przyjechali latem 1964 do Missisipi, walczyli o prawa obcych ludzi. Egoizm klasowy czy rasowy sugerowałby przecież, że powinni się cieszyć z tego, że miejscowe władze krótko trzymają czarnuchów.
Film Parkera zrobił na mnie kiedyś piorunujące wrażenie. Jeszcze teraz mam ciarki od samego trailera. Wędrując przez USA szlakiem popkulturowych stereotypów, zajrzałem i do tego miasteczka.
Ma ono teraz burmistrza, którego opisuję w książce jako „czarnego jak głos Louisa Armstronga”. To nie jest żadna „kawa z mlekiem” jak u Obamy, burmistrz Young to espresso doppio. Głosowała na niego większość białych oraz rdzennych Amerykanów (prowadzą kasyno w pobliskim rezerwacie).
Burmistrz powiedział mi, że wśród listów, które dostał po wygranych wyborach, był tylko jeden „hate mail”. Anonimowy nadawca zamiast podpisu podał swoje poglądy: „1/3 Nazi, 1/3 Ku-Klux-Klan, 1/3 GOP” („Grand Old Party” – popularne określenie partii republikańskiej).
List składał się z jednego pytania: „Where is the Klan when you need it?”.
To pytanie to najlepszy hołd, jaki można złożyć pamięci Schwernera, Goodmana i Chaneya. Dziś Ku-Klux-Klan to już tylko prawicowe przygłupy okładające się po głowach krzesłami w talk show Jerry’ego Springera. Działacze Freedom Summer wygrali tę walkę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz