Ukryte przeludnienie względne

Z Lądka przywiozłem sobie książkę, do kupienia której namawiam teraz wszystkich czytelników tego bloga: „A Companion to Marx’s Capital” profesora Davida Harveya, pioniera geografii marksistowskiej.
Książka jest owocem wykładów, które Harvey prowadzi od 40 lat dla studentów CUNY (City University of New York) na temat jednej z najbardziej wpływowych książek w historii świata. Dzieło Marksa omawiane jest rozdział po rozdziale, w sposób zachwycająco przystępny.
To więcej niż „Marks dla opornych” – Harvey ilustruje omawiane zagadnienia współczesnymi przykładami. A to największy problem z czytaniem „Kapitału” dzisiaj.
Dzieło Marksa to głównie analiza Anglii z pierwszej połowy XIX wieku. Przytaczane przykłady są fascynujące, ale jednak już w trochę takim sensie, w jakim fascynują opowieści o Wikingach czy Aztekach. W czytelniku pojawia się nieuchronne pytanie „acomnietowogle”.
Harvey ilustruje przykładami zaczerpniętymi z tego kapitalizmu, który mamy dookoła nas. Akumulację ilustruje np. tym, że w USA stosunek mediany zarobków CEO do robotnika w 1970 roku był jak 30:1, dziś jest jak 350:1. Udział zarobków górnego centyla w GDP wzrósł dwukrotnie, a górnego promila – potroił się.
W efekcie książkę Harveya czytam tak, jak „Kapitał” czytał wykształcony robotnik w XIX wieku: jako przewodnik turystyczny po mojej fabryce. Potknąwszy się po raz kolejny o nogi redaktora Sroczyńskiego mruknąłem na przykład niedawno: wyzysk polega nie na odbieraniu proletariuszowi pieniędzy, tylko czasu i przestrzeni („Kapitał”, część szósta).
Marks (via Harvey) dostarcza nowego materiału do przemyśleń o przyszłości mediów. W „Kapitale” pada pojęcie „ukrytego przeludnienia względnego” („die latente relative Übervölkerung”, „latent surplus-population”).
Dotyczy ono tej części populacji, która proletariatem jeszcze nie jest, ale według nieuchronnych praw materializmu historycznego już powinna być (tak jak osoba już formalnie wyeksmitowana, ale jeszcze nie wyniesiona razem z drzwiami przez ochroniarzy).
Kiedy dotąd o tym czytałem, kojarzyło mi się to z ludnością wiejską, która jeszcze trzyma się jakichś przestarzałych form gospodarowania, ale jej dzieci już nędza wygna do wielkich miast, gdzie staną się korporacyjnymi trybikami. Harvey przypomina jednak, że to dotyczy także tych nadwyżek, którym się wydaje, że uciekły przed proletaryzacją w górę drabiny społecznej.
Podaje autoironicznie przykład akademickiego wykładowcy, którego neoliberalne reformy szkolnictwa wyższego zamieniają stopniowo w urzędnika. To dotyczy też – ulubiony przykład Lapacza w Zycie – właściciela małego sklepiku, który żyje w pożyczonym czasie, bo gdy Lidl z Biedronką dotrą na jego osiedle, będzie pozamiatane. Inny przykład to lekarz, przekształcany w wypisywacza recept ku chwale Big Pharmy.
Nasunęło mi to skojarzenie z kryzysem w mediach. Rosyjska książka Hugo-Badera jest jak bilet na Pan Am 842 – ostatni rejsowy samolot, który wyleciał z Sajgonu 25 kwietnia 1975. Gazety raczej nie będą już finansować takich reportaży, bo dyszą im na karku darmowe portale; portale nie będą finansować takich reportaży, bo taniej będzie tę samą klikalność osiągnąć za friko z podróżniczych fotoblogów.
Będą oczywiście jeszcze przez czas jakiś książkowe projekty finansowane przez wydawców książek – to będzie z kolei jak ewakuacja helikopterami z dachu ambasady w Sajgonie pięć dni po PA 842. Widzicie tego łysego uczepionego płozy Hueya? To ja z moją książką!
O ile jednak wydawnictwa książkowe przeżyją wydawnictwa prasowe? Tam przecież też nastąpi odejście od papieru. Z pewnością później, ale z podobnym skutkiem: po co książki skoro są blogi.
Powyższe to już tylko moja własna wariacja na temat – rekonstrukcja rozumowania Harveya urywa się na lekarzach. Chciałem po prostu pokazać to jak niesamowicie ta książka inspiruje do myślenia o współczesności. Raz jeszcze polecam.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz