Endek versus Predator


Że żyjemy w świecie Philipa K. Dicka, tego najlepiej dowodzi to, że muszę wam przekazać pozdrowienia za pomocą sieci komputerowej, bo za sprawą wybuchu wulkanu przerwano połączenia lotnicze – takiego maila od Johna Alana Simona odczytano uczestnikom festiwalu Sci-Fi London.
Tell me about it! A w moim kraju prezydent i jego otoczenie zginęli w tajemniczym wypadku i o władzę ubiega się jego bardziej przerażający bliźniak. Żeby było bardziej phildickian, jego spoty wyborcze musiałyby zacząć przerywać nam sny.
Na festiwalu pokazano sneak preview filmu „Radio Free Albemuth” (tytuł może ulec zmianie na „VALIS”). Reżyser uprzedzał, że film nie jest jeszcze ukończony, nie będę więc krytykować pewnych dłużyzn w finale. Ogólnie film sprawi frajdę każdemu wielbicielowi PKD, bo jest pierwszą (nieanimowaną) próbą maksymalnie wiernego przeniesienia jego prozy na ekran.
Powieść jest pierwszym podejściem Dicka do opisania załamania psychicznego, którego doznał 2 marca 1974. Zrypany dragami umysł odmówił ostatecznie posłuszeństwa i pisarza zaczęły prześladować urojenia o nadprzyrodzonych istotach komunikujących się z nim przy pomocy różowego promienia wysyłanego przez VALIS.
W pierwszym podejściu Dick opisał to tak, że swoje urojenia – oraz swoje bycie fatalnym ojcem dla jedynego syna, znęcanie się nad piątą żoną Tessą i romansowanie z chrześcijańską neofitką Doris – przypisał komuś innemu. To muzyczny wydawca Nick.
VALIS zdradza Nickowi sekrety dotyczące prezydenta Fremonta (karykatura Nixona), który rządzi już piątą kadencję. Wygrywa wybory dzięki prostemu trickowi: nastraszył Amerykanów tajemniczą organizacją Aramchek. Nie istnieje, więc nie da się jej złapać, słowem: wyborczy samograj na kolejne kampanie.
Panie John Alan Simon, naprawdę chcesz się pan licytować na to, kto bardziej żyje w powieści Dicka?
Poza dłużyznami (które mogą poprawić w final cut), najsłabszym punktem wydaje mi się mydłkowata przystojniackość aktora grającego Nicka (Jonathan Scarfe). Then again: to pasuje do książki, Nick to przecież wyidealizowana autoprojekcja Dicka. Za to Shea Whigham jako Dick – wymiata, podobnie jak Alanis Morrisette jako Sylvia (postać wzorowana na Doris).
Na zdjęciu – Dick z lewej, Nick z prawej. Obaj w szponach „fappersów” (Friends of the American People), prawicowej organizacji stworzonej przez fanatycznych zwolenników Fremonta.

Fantastyką innego gatunku – ale też fajną – jest film „Hunter Prey”. Reżyser Sandy Collora zasłynął znakomitym amatorskim krótkim metrażem „Batman: Dead End”, w którym mroczny rycerz ścigając Jokera trafia na pojedynek Aliena z Predatorem (na dachu jak z „Blade Runnera”).
„Hunter Prey” to też misz-masz różnych wątków, które znamy i kochamy – trochę „Gwiezdnych wojen”, trochę space opery, trochę gier wideo. Wszystko na serio, to nie jest parodia, tylko – cytując twórców „Kick-Assa” – miłosny list do klasyki gatunku. Nie ma tu nic supergłębokiego, ale ogląda się bardzo przyjemnie.

Nie przypuszczałem, że takie wrażenie znów zrobi na mnie oglądany po latach „Szpital przemienienia” na podstawie Lema. Scena, w której lekarze rozmawiają o polityce, z dialogiem „co tam panie w polityce? / cytaty z klasyków zawsze na czasie / to właśnie nieszczęście tego narodu”, jest porażająco współczesna.
Zbigniew Zapasiewicz jako doktor Rygier stworzył niesamowitą kreację Endeka z koszmarnych snów lewicowo-liberalnej cywilizacji śmierci. Zygmunt Hubner z kolei jako doktor Pajączkowski to element tego samego koszmaru: boimy się, że reprezentować nas będzie poczciwa safanduła, która oczywiście ma rację, ale nic z tego nie wynika.
Gdyby ten film kręcono dzisiaj powiedziałbym, że Zapasiewicz parodiuje Giertycha a Hubner Mazowieckiego. A Piotr Dejmek – zagubionego młodego obywatela 3RP. Ale to jest film z 1978 dość wiernie adaptujący powieść z 1948.
Powiem coś bardzo odkrywczego: jej autor był geniuszem. I cytaty z niego też zawsze będą aktualne.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz