Izrael i cywilizacja

Niechętnie o tym piszę, bo niechętnie na swoim blogu poruszam poważne tematy z polityki międzynarodowej. Ale czuję się częścią tego świata, o którym dzisiejsza „Wyborcza” pisze w nagłówku: „Świat wściekły na Izrael”.
Niechęć wynika z tego, że w ogóle nie lubię poważnych tematów, a dodatkowo nienawidzę tak w ogólności dyskursu budowanego na zasadzie potępienia danego państwa, grupy etnicznej czy religii jako całości. „Niemcy to zawsze zbrodniarze”, „Izrael to państwo terrorystów”, „Islam to religia terrorystów” – odrzucam rozumowanie wywodzone z takich przesłanek.
Grupy etniczne i religie nie są dla mnie w ogóle podmiotem (nie lubię wszystkich ludzi gotowych w imię swojej religii lub swojej etniczności krzywdzić innych ludzi, bez rozróżnienia samych religii i etniczności).
Podmiotem są państwa, ale tu też nie ma dla mnie państw „zawsze słusznych” i „zawsze niesłusznych”, są tylko konkretne błędy konkretnych państw. Czasem błędy zbrodnicze.
Izraelski atak na humanitarny konwój to błąd przynajmniej pijarowy – ale jego prawne aspekty trudne są dzisiaj do przewidzenia. Nie znamy dziś na przykład pełnej listy ludzi zabitych przez izraelskich komandosów Jeśli zginęli obywatele Unii Europejskiej lub USA, to może spowodować dalsze komplikacje w sprawie oficjalnych podróży polityków Izraela.
Gdybym problem widział tylko w izraelskim pijarze, nie pisałbym o tej sprawie na blogu. Uważam – za organizacjami takimi jak Human Rights Watch czy Amnesty International – że Izrael musi się zdecydować, czy chce się zachowywać jak państwo cywilizowane.
Bo jeśli tak, to państwo cywilizowane prowadzi w sposób cywilizowany swoje działania wojenne. To oznacza między innymi dostosowanie się do międzynarodowych konwencji dotyczących ochrony ludności cywilnej.
I nie ma tutaj najmniejszego znaczenia to, że nie podoba nam się partia, na którą ta ludność cywilna głosowała. Albo religia, którą wyznaje. Ani nawet to, że część z tej ludności stawia zbrojny opór. Drugi protokół do konwencji genewskiej z roku 1977 zabrania stosowania zbiorowej odpowiedzialności tak w ogóle. Jako takiej.
Izrael go nie ratyfikował, ale zrobiło to tak wiele państw, że ten protokół uważany jest już za element zwyczaju międzynarodowego. To między innymi oznacza, że w hipotetycznej – ale coraz bardziej realnej – sytuacji, w której na przykład brytyjska prokuratura zacznie ścigać decydentów odpowiedzialnych za zabicie brytyjskich obywateli, izraelscy politycy będą mieli słabą linię obrony.
Życzę państwu Izrael jak najlepiej – chcę, żeby jego obywatele żyli w pokoju i dobrobycie. Nie wierzę, że prawny nihilizm im to może zapewnić. Im bardziej zgnojeni i zdesperowani będą Palestyńczycy, tym więcej będzie tam gotowych na samobójczy atak.
Mieszkańcy Izraela, niezależnie od niecelnych rakiet Kassam, nie są zgnojeni i zdesperowani. Skoro taki panikarz jak ja nie boi się wizyty w Tel-Awiwie to znaczy, że jest tam już generalnie bezpiecznie, dostatnio i cywilizowanie (do strefy Gazy bym się nie odważył pojechał nawet za gazylion).
Słowo „cywilizowany”, którego użyłem tutaj parokrotnie, ma różne znaczenia. Najprostsze jest takie, że osoba żyjąca w Izraelu po dobrej stronie muru może się cieszyć udogodnieniami cywilizacji – w klimatyzowanej knajpie z zakazem palenia zjeść sushi i popić organicznym chardonnay, sprawdzić pocztę w knajpianym WiFi, a potem pójść do kina lub do teatru na coś ambitnego i poszukującego.
Tylko że zaraz za tym sensem cywilizacji idzie następny – od człowieka, który może prowadzić takie dostatnie i spokojne życie wymaga się więcej. Wymaga się uświadomienia sobie tego, że nakręcanie spirali agresji i zemsty nie ma sensu. I uświadomienia sobie, że pierwszy pokojowy krok musi wyjść od strony silniejszej.
I właśnie dlatego w cywilizowanych krajach razem z rozwojem cywilizacji nastąpił rozwój prawa i dyskursu humanitarnego – uświadamianie sobie, że nawet jeśli pewien rodzaj rozumowania był akceptowalny dla naszych pradziadków, to w XXI wieku nie ma dla niego miejsca. Izrael w swoim nihilizmie prawnomiędzynarodowym zatrzymał się gdzieś w połowie zeszłego stulecia.
Świat tymczasem poszedł naprzód – dorobił się Międzynarodowego Trybunału Karnego, dorobił się koncepcji powszechnego ścigania zbrodni przeciwko ludzkości, dorobił się powszechnie popieranych organizacji humanitarnych. Te instytucje mogą dla Izraela w końcu stać się większym problemem od palestyńskiego terroru.
Nie dzisiaj, nie jutro, ale pojutrze? Jeśli ktoś z izraelskich polityków jeszcze nie oglądał „Mamma Mia” na West Endzie, to
radzę się sprężać. Bo niedługo podróż do
Europy może być podróżą w jedną stronę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz