Z dziejów antykomunizmu


Idea święta 4 czerwca jako rocznicy przełomowego wydarzenia w dziejach narodu, które dla odmiany nie polegało na puszczeniu z dymem stolicy – podoba mi się bardzo. Rocznicowo odniosę się więc do klasycznego plakatu z Garym Cooperem.
„W samo południe” to tyleż western co antywestern. Nie ma pościgów, strzelanin, przepięknych pejzaży. Jest klaustrofobiczna atmosfera politycznego dreszczowca, którym ten film jest w istocie.
Jego scenarzysta Carl Foreman jak wielu młodych idealistów swojego pokolenia, uwierzył w komunizm. I stracił tę wiarę po procesach moskiewskich i pakcie Ribbentrop-Mołotow.
Jeszcze na studiach odkrył swój talent literacki i dramaturgiczny i od 1941 roku zaczął współpracować z Hollywood. Nie mógł przewidzieć tego, że w 1947 roku kongresowa komisja ds działalności antyamerykańskiej (HUAC) rozpocznie dochodzenie w sprawie komunistycznych powiązań filmowców.
Jak wiemy z dzisiejszej perspektywy, dochodzenie nie miało sensu. Nie istniał Układ przemycający komunistyczną propagandę w filmach.
W latach 1943-1944 nakręcono, owszem, kilka proradzieckich filmów jak „Mission to Moscow”, ale wszystkie na zamówienie amerykańskiego rządu – miały propagandowo usprawiedliwiać militarny sojusz ze Stalinem.
Jak to zwykle bywa, kiedy parlamentarna komisja udaje, że czegoś szuka – tak naprawdę kilku łajdaków chciało się wypromować na gnojeniu znanych ludzi. Przesłuchania z udziałem celebrytów same z siebie przecież gwarantują pierwsze strony tabloidów.
Z wielkim zainteresowaniem mediów wezwano 10 świadków i zadano im pytanie o to, czy kiedykolwiek byli w partii komunistycznej. Świadkowie odmówili odpowiedzi powołując się na to, że pierwsza poprawka gwarantuje im prawo do wyznawania dowolnych poglądów.
Prawnicy komisji mieli na to przygotowaną ripostę: odmowę zeznań uznali za obrazę Kongresu. Świadków skazano na rok więzienia.
Ironia sprawiła, że wkrótce mogli się za kratkami spotkać z samym przewodniczącym HUAC. J. Parnell Thomas był jednym z pierwszych polityków, którzy wpadli na ten pomysł, że jak się będzie dostatecznie głośno krzyczało „precz sko munom, precz sko munom”, to uda się bezkarnie okradać podatników.
Jemu się akurat nie udało i w 1948 skazano go za nadużycia. Ponoć w więzieniu spotkał Ringa Lardnera, późniejszego scenarzystę „MASH”, wykonując pracę przymusową (czyszczenie kurnika). „Nadal pan wyznaje te radykalne bzdury?” – spytał były poseł. „A pan nadal grzebie w gównie?” – odpalił scenarzysta.
Członkami HUAC byli ludzie dokładnie na takim poziomie, jakiego można się spodziewać po żarliwych antykomunistach. Kongresmen Joe Starnes z Alabamy pytał, czy komunistycznych powiązań nie mieli dwaj autorzy współpracujący z Hollywood: Christopher Marlowe i „Mister Euripides”. W latach 90. odkryto zaś, że pierwszy przewodniczący komisji, Samuel Dickstein, był w ogóle na liście płac radzieckiego wywiadu.
To nawet logiczne. Kto będzie najgłośniej krzyczeć „precz sko munom”? Złodziej, głupek i sowiecki szpieg.
Następni świadkowie przez HUAC powoływali się na piątą poprawkę, gwarantującą ochronę przed samooskarżeniem. Interpretowano to jako przyznanie się do winy i taką osobę wciągano na „czarną listę” ludzi, którym nie wolno pracować w przemyśle filmowym.
Represjom nie byli poddawani tylko świadkowie współpracujący z HUAC, czyli – podający nazwiska innych „komunistów”. Wyciągnięte choćby z kapelusza, to już ich zmartwienie, niech dowodzą swojej niewinności.
Pisząc scenariusz „W samo południe” Carl Foreman wiedział, że prędzej czy później będzie wezwany przez HUAC. Przelał nastroje panujące w ówczesnym Hollywood na opowieść o miasteczku, w którym nikt się nie odważa stawić czoła niewielkiej, ale dobrze zorganizowanej bandzie.
Stanął przed komisją, gdy film był w trakcie realizacji. Odmówił zeznań i wiedząc, co to oznacza, opuścił USA póki jeszcze mu nie zabrali paszportu. Na emigracji pisał scenariusze pod pseudonimem – dopiero pośmiertnie przyznano mu Oscara, którego de facto wygrał (ale nie mógł odebrać) za „Most na rzece Kwai”.
Wychodzi na to, że to my – kapepowska michnikowszczyzna – stoimy tam, gdzie wtedy stał Gary Cooper. A PiS stoi tam, gdzie wtedy stali ludzie gnojący jego przyjaciół.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz