Michnik i piloci we mgle

Zmęczyłem powieść Czesława Bieleckiego „Scenarzysta” – raczej za późno, żeby o niej pisać do gazety, ale skoro przegryzłem się przez powieść prawicowego publicysty, to chciałbym się podzielić ze światem wrażeniami.
Bielecki na prawicy jest outsiderem. Chociaż powieść jest wyjątkowo niedobra, to fedrowałem dzielnie by poznać sposób myślenia prawicowca innego niż Terlikowski czy Ziemkiewicz. Nie jest jednak aż tak bardzo inny, jak się tego spodziewałem – o czym za chwilę.
Powieść jest straszliwie grafomańska (tak, nawet na tle). Akcja dzieje się w roku 2029, ale nic z tego nie wynika dla miłośników sf. Autor datę dobrał dlatego, że chciał umieścić akcję już po swojej śmierci.
I tu wpadamy na pierwszą wspólną wadę prozy polskich prawicowych publicystów: są głęboko przekonani, że sami z siebie stanowią fascynujący temat. Koniecznie więc muszą umieścić w powieści swoją Mary Sue, jak Terlikowski w „Chuście”.
Bielecki przelicytowuje w tej materii kolegów. Otóż wkrótce po śmierci jego alter ego (imieniem Al!), hollywoodzki scenarzysta nazwisiem Frank Warning odkrywa, że żywot Bieleckiego to temat w sam raz na film. Przyjeżdża do Warszawy, spotykać dawnych współpracowników i „kobiety Ala”.
„Frank Warning”? Można sobie wyobrazić ten moment, w którym Bielecki uświadomił sobie, że „szczere ostrzeżenie” po angielsku brzmi jak czyjeś imię i nazwisko. I zamarzył, by napisać powieść o kimś takim. Grafoman to człowiek, któremu brak instynktu dającego szczerze ostrzeżenie przed realizacją takich marzeń.
Grafomania autora najlepiej widoczna jest w dialogach. Próbka: „Czy uda ci się kiedykolwiek odbudować ten świat żywych obrazów?”, pyta Pola, jedna z „kobiet Ala”. „Jeśli dopilnuję punktów zwrotnych, to uda się zachować i gęstosć obrazów i logikę narracji – powiedział Frank i zamyślił się”.
Nawet wiem o czym myślał – „może szukają tu w makdonaldzie kogoś na mopa? Bo ze swoim drygiem do dialogów jako scenarzysta kariery nie zrobię”.
Głowną osią dramatu w prozie polskich prawicowców często jest lęk przed modernizacją – o tym jest „Operacja Chusta”, „Czerwone dywany” Ziemkiewicza i cały Pilipiuk. Myślałem, że Bielecki będzie wreszcie prawicowcem promodernizacyjnym, tymczasem zaskakująco mało różni go od Terlikowskiego.
„Do cholery, dlaczego tylko Polska ma się zmieniać, wy też przesadzacie z tą polityczną poprawnością” – mówi „kobieta Ala”, wyjaśniając Frankowi, że USA też ma swoje wady.
Warning dociera do publicystyki i notatek Ala, co daje Bieleckiemu okazję do wypełnienia powieści felietonami na bieżące tematy. Chwilami zaskakująco bieżące.
„Czarna skrzynka wykazała, że piloci (…) przez szybę wypatrywali we mgle pasa startowego. Nie zorientowali się, że lecą za nisko” – to o Smoleńsku? Nie, to o wcześniejszej katastrofie wojskowej Casy. Przerażająco podobnej do katastrofy Tupolewa.
Bielecki diagnozuje tę katastrofę jako dalszy ciąg peerelowskiego tumiwisizmu, z którym przez całe życie walczył jego bohater. Na postawienie właściwiej diagnozy nie pozwala mu światopogląd.
Jako zwolennik eurokołchozowej cywilizacji śmierci obie te katastrofy postrzegam jako skutek tego samego sarmackiego lekceważenia procedur bezpieczeństwa. To dlatego jeszcze wcześniej zginęli polscy pielgrzymi w Alpach: ich autokar minął ileś tam znaków zakazu wjazdu dla autokarów, ale kierowca uznał, że te znaki nie dotyczą Polaków.
Są dla pozbawionych fantazji Niemców, dla wymoczkowatych Francuzów, dla tchórzliwych Pepików może – no ale nie dla nas. My, jak trzeba, to na drzwiach od stodoły przecież.
Jednym z powodów, dla których tak gorąco popieram integrację europejską, jest moje pragnienie, by Europa narzuciła nam swoje normy bezpieczeństwa i ochrony konsumenta. Znak „CE” traktuję niemalże jak symbol religijny. Chciałbym, żeby wszystko dookoła mnie miało bezpieczniki różnicowe, redundatne zasilanie awaryjne i ze sześć poduszek powietrznych.
Na tym właśnie polega modernizacja: na wprowadzeniu procedur zmuszających do uzyskania certyfikatu bezpieczeństwa, zapinania pasów i zabraniających komukolwiek, choćby to był nie wiadomo jaki generał, włazić do kabiny pilotów.
Polska prawica na razie w ogóle w takich kategoriach nie umie rozumować, dlatego nie umie myśleć o modernizacji – jaką receptę na autostrady ma Jarosław Kaczyński? Jak zwykle, „wielki narodowy zryw”. Ja bym się bał jechać wiaduktem wzniesionym w ramach patriotycznego pospolitego ruszenia Sarmatów – natomiast nie bałbym się jechać wiaduktem wzniesionym zgodnie z normami unijnymi.
Prawicowa powieść, w której nie występuje Adam Michnik, jest jak amerykański horror bez cycatej blondynki. Michnik więc oczywiście pojawia się i tutaj, w swojej tradycyjnej roli Osoby, Która Strasznie Skrzywdziła Głównego Bohatera.
I jak zwykle nie bardzo wiadomo, na czym konkretnie ta krzywda polegała. Obserwując obrady okrągłego stołu Al wzdycha do Natalii (innej swojej kobiety), że solidarnościową stronę zdominowała „Komunistyczna Partia Polski”, bo „oni wszystko wiedzą lepiej”.
I to już wszystko. Natalia nie docieka, na czym polegały te krzywdy i dlaczego Al zapisuje Michnika do partii politycznej wymordowanej pół wieku wcześniej przez Stalina. Jedyne prawicowe książki, które próbowały to jakoś bliżej opisać, to „Dolina nicości” Wildsteina i „Gorsze światy” Michalskiego, ale i tam odpowiedź sprowadza się w gruncie rzeczy do „bo Michnik zrobił większą karierę od nas i strasznie nas to wkurza”.
Prawicowa powieść, która dokładniej wyjaśniałaby zjawisko kompleksu Michnika, mogłaby wreszcie być bardzo ciekawa.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz