Monsieur le President

Szanowny panie prezydencie – wiem, że nie ma pan czasu na czytanie blogów, ale ostatnio wróciła mi fascynacja Borisem Vianem, więc korci mnie napisanie własnego „monsieur le president”.
Wygrał pan między innymi dzięki głosowi mojemu i ludzi mniej więcej takich jak ja, którzy w różnych sprawach są ode mnie czasem na lewo a czasem na prawo, ale średnio rzecz biorąc jesteśmy na lewo nawet od obecnego kursu Platformy Obywatelskiej (nie mówiąc już o czasach niedoszłego „premiera z Krakowa”).
Termin drugiej tury dla ludzi mniej więcej taki jak ja był dość nieszczęśliwy. Ja musiałem lecieć niewygodnym połączeniem, żeby jeszcze zdążyć rano zagłosować, ale to i tak drobiazg, moi znajomi skracali zagraniczne wojaże, przekładali urlopy albo będąc na zasłużonych wakacjach, schodzili z plaży, by dojechać do najbliższego punktu wyborczego.
Kiedy o tym piszę, znów sobie uświadamiam, do jak szczęśliwego pokolenia Polaków należę. To fantastyczne, że dla ojczyzny poświęcamy najwyżej leżenie na plaży albo wygodę korzystniejszego połączenia lotniczego. Takiego historycznego farta nie mieli pańscy rówieśnicy, nie mówiąc już o pańskich rodzicach.
Nie piszę więc o tym dla jakiejś martyrologii, tylko po prostu dla zaznaczenia, że wygrał pan dzięki nam – choć bardzo niewiele pan zrobił, żeby pozyskać nasze głosy. Z góry założył pan, że my i tak przełkniemy te wszystkie „duńskie kaszaloty” pamiętając prezydenturę i premierostwo Kaczyńskiego.
Ta strategia – sądząc po exit polls – okazała się skuteczna, ale sądząc po tych samych exit polls, naprawdę pan ostro ryzykował. Kaczyński o nasze głosy zabiegał bardzo energicznie i niestety czasem skutecznie. Gdyby Parada Równości odbywała się przed drugą turą, pewnie przemaszerowałby w niej na wysokich obcasach w koszulce z Che Guevarą, by zdobyć jeszcze więcej głosów lewicy.
Jak mawiał trener Górski, w piłce nożnej podstawowym zadaniem jest strzelenie drużynie przeciwnej więcej bramek, niż ona strzeli nam. Zdobył pan więcej głosów – i w polityce tylko to się teraz liczy. Ale jednak powinien pan myśleć o drugiej kadencji oraz wyborach parlamentarnych, w których partia, z której pan się wywodzi, ma szansę być pierwszą partią w dziejach Trzeciej Rzeczpospolitej, która utrzymała się przy władzy przez drugą kadencję.
W moim interesie i w pańskim, panie prezydencie, jest wyciągnięcie z tej kampanii wyborczej następującego wniosku: walka o głosy ludzi mniej więcej takich jak ja opłaca się bardziej od walki o poparcie Episkopatu czy rozgłośni Ojca Dyrektora.
Nie jest nas w tym kraju tak dużo jak w jakiejś Francji czy Szwecji, ale nie jest nas też tak mało jak na jakichś Węgrzech czy Słowacji. Pewnie z powodów biograficznych lepiej by się pan czuł wygrywając dzięki poparciu biskupów, no ale ewidentnie wygrał pan dzięki nam.
Nie proszę, by myślał pan o nas z wdzięcznością. Proszę tylko, by myślał pan o nas w kontekście drugiej tury 2015. Kaczyści pewnie już też o niej myślą.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz