To nie jest kraj dla starych ludzi


W sezonie ogórkowym i tak nie ma nic ciekawszego od krzyża z Loch Ness, powrócę więc do tematu, który uważam za najnudniejszy temat na blogonotkę – czyli wywód osobistych poglądów filozoficznych blogogospodarza (poprzednio zanudzałem tym tu i tu).
W dyskusji o krzyżu wspomniałem Antona Chigurha, najpiękniejsze w popkulturze przedstawienie archetypalnego ostatecznego Zła, którego nie można powstrzymać. Tym, którzy nie oglądali znakomitego filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Coen doradzam… no, przede wszystkim zastanowienie się, czy to na pewno właściwy blog dla nich.
A jeśli nadal tak uważają, to wyjaśnię, że Chigurh to znakomita rola Javiera Bardema. To morderca do wynajęcia, tak potwornie skuteczny, że boją się go koledzy wykonujacy ten sam zawód (Woody Harrelson).
Skuteczność zawdzięcza temu, że własne rany obchodzą go tak samo jak rany jego ofiar, czyli wcale. Nie zna strachu, nie zna cierpienia, idzie do przodu bez względu na racjonalną ocenę ryzyka. Jeśli Anton Chigurh ma ciebie na swojej liście, to już jesteś martwy, on cię dopadnie tak czy siak, możesz całą noc przesiedzieć celując w drzwi, to on wtedy wejdzie oknem. I tak dalej.
Chigurh jest dla mnie fajną metaforą tego, jak postrzegam pojęcie Historycznej Nieuchronności. Tyle we mnie z markisty, że wierzę w sens tego pojęcia (w znanym dowcipie „dlaczego kura przeszła przez drogę”, Marks odpowiada „it was a historical inevitability”).
Znam oczywiście „Nędzę historycyzmu” Poppera, ale wydaje mi się, że wielki filozof trochę nie trafił w łódkę. Za Popperem odrzucam wprawdzie nadzieję na to, że historia ma jakiś ostateczny cel, prowadzi nas w kierunku jakiejś mniej lub bardziej liniowej ewolucji. Odrzucam też nadzieję na to, że ten cel czy ten kierunek mogą poznać filozofowie.
Ale to nie oznacza, że nie ma czegoś takiego, jak historyczna nieuchronność. Na filozofię spoglądam przez pryzmat nauk ścisłych, a w nich nie jest żadnym problemem opisanie układu, który jest jednocześnie deterministyczny i chaotyczny.
Szkolny przykład to pogoda. Pogodę na jutro można przepowiedzieć z ogromną dokładnością. Pogody na za miesiąc – nie. Nie dlatego, że pogoda to zjawisko indeterministyczne, przeciwnie, to jest w sumie dość prosta fizykochemia.
Problem w tym, że impuls dziś bardzo słaby, poniżej dokładności pomiarowej naszych urządzeń, może z biegiem dni wyewoluować do rangi tornada. Za sprawą słynnej pracy Edwarda Lorenza w potocznym języku zadomowiło się to jako „efekt motyla”.
Podobnie postrzegam historyczne nieuchronności. OK, Popper ma rację, nie da się sporządzić historycznej prognozy na przyszłe 50 lat. Ale to nie znaczy, że nie można prognozować czegoś na przyszły rok, obserwować pewnych prawidłowości, zauważać długoterminowe tendencje.
W Europie modernizacji towarzyszy sekularyzacja. Im więcej lśniących nówek pomyka po autostradach, tym mniejsze wpływy Kościoła. W Polsce przybywa nówek, przybywa autostrad – a więc ubywa wiernych. As simple as that.
Fałszywie przypisywana Mickiewiczowi rymowanka „tylko pod krzyżem” sugerowała, że u nas to nie działa, bo my się zasadniczo różnimy od reszty Europy. Ja w to nie wierzę – proces sekularyzacji zatrzymał u nas tylko na chwilę pontyfikat JP2.
To normalne – kiedy Małysz wygrywał mistrzostwa, wszyscy byliśmy wielbicielami skoków narciarskich. Kiedy nasz rodak kierował Watykanem, wszyscy byliśmy wielbicielami Watykanu. Kościół bez polskiego papieża jest dla Polaków jak mistrzostwa narciarskie bez polskiego reprezentanta.
Uważam, że zaczątki zapateryzacji, które właśnie obserwujemy, to początek nieuchronnego po 2005 powrotu do tej ścieżki ewolucji, która szły katolickie kraje takie jak Francja, Austria czy Hiszpania. Szliśmy z nimi dość równo do 1979 a teraz z powrotem dobijamy do peletonu.
Jeśli takiego kierunku nie przyjmie SLD, to przyjdzie Anton Chigurh i ich wyeliminuje (przy moim aplauzie) a ich miejsce zajmie jakaś sekularyzacyjna partia – założona choćby przez Dominika Tarasa. To jest gigantyczna, atrakcyjna luka, którą ktoś w końcu zajmie, niekoniecznie SLD.
Stąd mój optymizm – jeśli Chigurh jest z nami, to kto przeciw nam? Tommy Lee Jones? Ale on właśnie odchodzi na emeryturę…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz