Warzecha i jego cztery pięćdziesiąt

Zawsze twierdziłem, że prawicowcem w Polsce zostaje się z powodu upośledzenia społecznego lub arytmetycznego, powodującego, że dana osoba nie umie sobie czegoś podliczyć albo załatwić po ludzku, a więc na przykład „stoi w kolejce na poczcie by zrobić przelew" i ma w związku z tym pretensje do całego świata. Zamiast do siebie.
Łukasz Warzecha dostarczył pięknego przykładu opisując w Psychiatryku, jak Warszawa prześladuje kierowców, bo musiał zapłacić 4,50 PLN za zaparkowanie w pobliżu Dworca Centralnego. Na który udał się, by kupić bilet kolejowy.
To jest tak piękne, że poświęcę temu blogonotkę. Po pierwsze, tak jak do kupienia biletu lotniczego nie trzeba jechać na lotnisko, tak samo do kupienia biletu kolejowego nie trzeba jechać na dworzec. Wizja człowieka, który przeciska się przez korki w centrum Warszawy dla załatwienia czegoś, co mógłby zrobić nie odchodząc od komputera, ma w sobie pewien urok – i jak już sobie kogoś takiego zwizualizujemy, to z całą pewnością będzie entuzjasta Korwina albo Kaczyńskiego.
Łukasz Warzecha, jak to wielokrotnie pisał, mieszka w Piasecznie. Wyprawa z Piaseczna na Dworzec Centralny to mniej więcej 50 km w obie strony. W centrum Warszawy czy na Puławskiej nie ma mowy o ekonomicznej jeździe, więc samochód spali kilka litrów paliwa.
Nie wiem czym jeździ Warzecha, ale nawet zakładając superekonomicznego mikrusa, samej benzyny na tej trasie spali więcej niż za 4,50 PLN. Prawdopodobnie nigdy sobie tego nie podliczył i stąd jego oburzenie akurat na ten – akurat stosunkowo mało istotny – składnik ceny wyprawy na dworzec.
Co do mnie, to uwielbiam jeździć samochodem, ale mam świadomość, że to kosztuje. Wjazd do centrum wielkiego miasta wiąże się z dodatkową opłatą. Płaciłem w Wiedniu, płaciłem w San Francisco, płaciłem w Berlinie, płaciłem w Memphis, płaciłem w Krakowie, płaciłem w Nowym Jorku – dlaczego miałbym nie płacić w Warszawie?
Ponoszona w takiej czy innej formie opłata (albo za parkowanie albo w ogóle za pojawienie się w wyznaczonej strefie) pełni między innymi funkcję wymuszenia u kierowcy refleksji. Warto sobie zadać takie pytanie: czy naprawdę muszę wjechać do centrum swoim samochodem?
W moim przypadku odpowiedź często brzmi: nie, nie muszę. Ale chcę. Wiedeń to miasto z rewelacyjnie funkcjonującą komunikacją miejską. Ale jadąc na stypendium zabrałem samochód, bo pokusa samochodowo-rowerowych wycieczek po okolicznych górach była ogromna.
Parking kosztował mnie paręset ojro, ale wybuliłem bez kwękania, że socjalistyczne władze Wiednia zwalczają kierowców. Za zachcianki się płaci, das ferszteje yś zer gut.
Nie jestem wrogiem motoryzacji. Prowadzenie samochodu to dla mnie przyjemność sama w sobie. Napisałem książkę głównie dlatego, że w skład umowy wydawniczej wchodziło sfinansowanie motoryzacyjnej wycieczki życia.
I oczywiście przyjemność ze słuchania ryku budzącej się bestii, jaki wydaje z siebie silnik V8 4,6l po dociśnięciu gazu do dechy, była dla mnie istotnym elementem pakietu. Nie zanudzam nią czytelników książki, ale na blogu mogę chyba się do tego przyznać.
Nie trzeba mi więc tłumaczyć, na czym polega przyjemność prowadzenia samochodu. Niektórym trzeba jednak wytłumaczyć, że są po prostu lepsze i tańsze sposoby na rozwiązanie problemu „jak kupić bilet na pociąg” od przeciskania się na Centralny. Korki w centrum będą mniejsze, jeśli więcej osób się zastanowi, czy nie mogą swojej sprawy załatwić w inny sposób. To wyjdzie na dobre im – i tym, którzy jednak wolą ponieść opłatę i przyjechać samochodem, bo lubią.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz