Facebook niczym obora

Czytanie felietonów Jasia Kapeli sprawia mi radość porównywalną z lekturą #psychiatryk24. Kapela najczęściej niewiele rozumie z materii, o której pisze – ale ignorancję łączy z wielką stanowczością opinii. Pięknie widać to w jego felietonie o filmie „The Social Network” (skądinąd znakomitym).
„Trudno zrozumieć, na czym zarabia Facebook” – pisze Kapela. Komu trudno, temu trudno. Właśnie dlatego, że Kapela tego nie rozumie, nie rozumie także, dlaczego nie może sprzedać swojego profilu, choć po podzieleniu wartości Facebooka przez liczbę użytkowników wychodzi mu 50 dolarów na łebka.
Drogi Jasiu, wyjaśnię Ci przystępnie, gdzie robisz błąd. Rozumujesz w takim stylu: obora na tysiąc krów jest warta milion dolarów. W takim razie pojedyńcza krowa powinna mieć możliwość sprzedania swoich wymion za tysiaka.
Otóż krowa w oborze nie jest ani klientem ani właścicielem. Nie może niczego sprzedać. Nie ma do tego tytułu prawnego. Ma się dać doić, to wszystko.
Dokładnie tak samo, drogi Jasiu, jest z Twoim profilem. Nie jesteś ani klientem Facebooka ani właścicielem swojego profilu. Nie możesz go nie tylko sprzedać, na dobrą sprawę nie możesz go nawet skasować, bo Facebook na zawsze kładzie łapę na wszystkim, co do niego wrzuciłeś.
Dali Ci parę gównianych zabaweczek plus infantylne cieszenie się tym, ilu masz „znajomych”. Radośnie kliknąłeś na „zgadzam się”, oczywiście nie czytając tego, na co właściwie się zgodziłeś.
Gdybyś czytał, nie błyskałbyś niewiedzą w końcowej części felietonu: „Pamiętna jest sprawa, gdy Facebook postanowił przejąć na własność cały umieszczany na nim kontent. Gwałtowny protest internautów zniszczył ten pomysł w zarodku”.
Fakty są inne. Na początku lutego 2009 Facebook dokonał cichej zmiany TOS (Terms Of Service), usuwając akapit odnoszący się do likwidacji konta. Była to kolejna z serii modyfikacji regulaminu na niekorzyść użytkowników (tu mamy ładny tekst pokazujący, jak to się zmieniało od 2004 do 2010, od warunków rozsądnych po warunki koszmarne).
Wszyscy użytkownicy Facebooka – z Jasiem Kapelą włącznie – zaakceptowali tę zmianę pokornym kliknięciem racicy na „zgadzam się”. Zaraz, co ma krowa? Racice? Kopyta? Łot-ewa, w każdym razie zwierzątka się zgodziły z pokornym „muuuu”. Tak jak na wszystkie poprzednie i wszystkie następne pogorszenia warunków.
Dopiero wpis na blogu „The Consumerist”, który tę zmianę tłumaczył z Legalese na Plain English jako „We Can Do Anything We Want With Your Content. Forever”, spowodował przebudzenie. W oborze zrobił się tumult, tu i ówdzie słychać było gniewne porykiwanie i podzwanianie dzwoneczków.
Facebook dokonał więc kilku pijarowych gestów, które ludzie mało kumaci mogli zinterpretować tak jak Kapela – „protest zniszczył ten pomysł w zarodku”. Najpierw przywrócono poprzedni TOS, a potem użytkownikom przedstawiono do akceptacji zupełnie nowy dokument, o bardziej poetyckim tytule, „Statement of Rights and Responsibilities”.
Co ciekawe, polski przekład obu tych tytułów jest ten sam. Brzmi: „Regulamin”.
Drogi Jasiu, zajrzyj do punktu 2.1 „Regulaminu”. Wyjaśnię Ci jego treść tak, żebyś nawet Ty zrozumiał: Facebook przejmuje w nim na własność cały umieszczany na nim kontent. Oh wait – przecież wydawało Ci się, że ten pomysł „zniszono w zarodku”? Egzaktly. Wydawało Ci się.
A teraz punkt 2.2. Znów przekład: nawet po wykasowaniu konta, Facebook ma prawo zachować wszystkie dane przez dowolny okres, jaki uzna za „rozsądny”. Słowem, istotę niekorzystnej zmiany z lutego 2009 przywrócono, ale w ładnym nowym opakowaniu.
Kapeli to się wydaje przykładem triumfu demokracji („gdyby zmienianie prawa było tak łatwe w jakimkolwiek państwie, świat byłby zapewne lepszym miejscem do życia”). A tak naprawdę jest to triumf tak zwanego „zarządzania katastrofą”, najtrudniejszej działki public relations.
Mam nadzieję, że wyjaśniłem Ci już, drogi Jasiu, dlaczego nie możesz swojego profilu sprzedać za 50 dolarów. Już go oddałeś. Za friko. Sprzedawać go może teraz Mark Zuckerberg, Ty już nie.
Pewnie nie jesteś szczególnie atrakcyjnym targetem dla reklamodawców – cóż, w Facebooku jak każdej porządnej oborze, mamy krówki dojne i krówki na zarżnięcie. Te 50 dolarów to wartość średnia, wartość kogoś innego mierzy się w kilobaksach, a za ciebie pewnie nikt nie da więcej niż piątala. Peelenów.
Skoro jednak oddałeś się Zuckerbergowi za darmo, to nawet biorąc za Ciebie tylko dziesięć groszy, jest do przodu. Już rozumiesz, na czym on zarabia?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz