PiS w listopadzie

Nic mi nie poprawia humoru w listopadzie jak sytuacja wewnętrzna PiS. Tegomiesięczny ranking od czapy poświęcę więc odejściom poprzednim i obecnym.

The best of the best jest dla mnie odejście Kazia Marcinkiewicza, a to ze względu na jego wymiar popkulturowy.
Sympatycy PiS postrzegali to jako telenowelę (sama Ilona Łepkowska nie napisałaby czegoś tak żenującego jak Piotr Semka!). Ja jako sitcom, w którym każdej wypowiedzi Isabel towarzyszy wybuch śmiechu. Osobliwie gdy przemawia wierszem.
Gdy patrzę na Marcinkiewicza, trochę rozumiem Kaczyńskiego. Jego metoda zarządzania zasobami ludzkimi polega na tym, że najchętniej wyciąga skądś kompletne zero i daje mu jakieś cudowne stanowiska i bajeczne apanaże. To naturalne, że oczekuje psiej lojalności, jak carski minister od swojego czynownika – to przecież kaprys dobrodzieja zdecydował, że ordery, służbowe mieszkanie przy Newskim Prospekcie i dacza w Peredelkinie przypadły właśnie Sierioży, a Wania dalej gnije w rynsztoku.
Kaczyński zawsze zdaje się być zaskoczony tym, że kolejni Sierioże – zamiast z wdzięcznością całować stopy batiuszki – hardzieją w tym luksusie i zaczynają się zachowywać, jakby zawdzięczali te ordery talentowi i ciężkiej pracy. Więc wyrzuca Sieriożę, wyciąga z rynsztoka Wanię i daje stanowisko jemu.
A po dwóch latach – znów będzie tak samo zdziwiony. Ale już chyba nigdy ten cykl nie wypadnie tak komicznie, jak z Marcinkiewiczem.

Odejście Dorna cenię sobie z kolei dlatego, że było lustrzanym odbiciem odejścia Marcinkiewicza. Dorn to człowiek z jakąś tam klasą. Nawet gust do kobiet ma ambitniejszy.
Dorna zgubiło jednak doktrynerstwo, ta odwieczna klątwa inteligentnego człowieka zaangażowanego w politykę. Taki człowiek potrafi sobie wyprodukować jakąś teoretyczną konstrukcję lewą ręką za prawe ucho, że Układ, że Ubekistan i że trzeba rozwibrować stolik brydżowy.
Ta konstrukcja potrafi sprawić, że ów biedny inteligent w polityce jeszcze bardziej ślepo wielbi batiuszkę od otumanionego mużyka. Umiejętność wytłumaczenia samemu sobie, że „tak trzeba” zniewala gorzej od knuta.
Za swoją psią wierność Dorn oczekiwał od Prezesa tylko jednego: szacunku. Że jeśli kiedyś jednak pojawi się między nimi różnica zdań, Prezes go wysłucha, zamiast kazać oćwiczyć batogami i wyrzucić kopniakiem na śnieg.
A jak go już wyrzucili, Dorn był chyba jedynym zaskoczonym na pisowskim śniegu – nie kojarzę, żeby ktoś poza nim odstawiał cyrk z prezentowaniem siebie jako „członka PiS na wygnaniu”. Cała reszta wyrzucanych z PiS przynajmniej rozumiała, że pożegnalny kopniak to pożegnalny kopniak. Tylko Dorn długo zachowywał się tak, jakby nie wiedział, co się stało.


Na koniec – odejście „muzealników”, czyli Cichockiego i Ołdakowskiego. To nie są ludzie z pierwszych stron gazet, więc  ich odejście jest w cieniu kolejnej telenoweli „Las Mujeres Del Presidente”.
Tych pań od ładnego uśmiechania się przy Prezesie w ogóle nie jest mi szkoda, uważam że kampanię prowadziły nieprofesjonalnie. Zauważył to nawet Krzysztof Leski, oglądający to przecież z pozycji ich sympatyka.
Ze swojego punktu widzenia jestem oczywiście wdzięczny tym paniom za to, że nie umiały wykorzystać żadnego z ok. 3486 słabych punktów, gaf i potknięć Komorowskiego. Ale rozumiem, że Kaczyński ocenia to inaczej.
O pisowskich muzealnikach dotąd mało pisałem, bo jako antypatyk PiS, najchętniej piszę o tej partii szyderczo. A z Cichockiego i Ołdakowskiego szydzić jest ciężko.
W odróżnieniu od Marcinkiewicza czy Migalskiego „muzealnicy” są inteligentni i oczytani, potrafią zabłysnąć niebanalną myślą. W odróżnieniu od Dorna czy Zybertowicza nie pozwalają by twory ich umysłu zniewoliły ich knutem doktrynerstwa.
Ich odejście daje mi więc po raz pierwszy okazję do kpiarskiego komentarza – gdybym umiał rysować, narysowałbym tableau pt. „Ostatni intelektualiści opuszczają PiS, żegnani kwiatami i wyzwiskami”. Po utracie muzealników Prezesowi zostaną już tylko Wania z Sieriożą. I żelazny elektorat, który wierzy, że Ruskie brata zabili prezesowi, więc chcą mu pomóc dokonać zemsty.
Na utrzymanie klubu to wystarczy, na powrot do władzy – już nie. Stąd radość przy tak ponurej pogodzie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz