Libertarianin doskonały


Ciekawostka o tym, że Ayn Rand korzystała z pomocy społecznej zainspirowała mnie do napisania zapowiedzianej dawno temu notki o grze „Bioshock”.
Gra jest jawną kpiną z Ayn Rand, jej powieści i poglądów polityczno-filozoficznych. Dzieje się w podwodnym mieście Rapture, które na dnie oceanu założył Andrew Ryan, przemysłowiec, wynalazca i gorący zwolennik libertarianizmu.
Ryan chciał wypróbować utopijne poglądy obiektywistów w praktyce i zbudować świat, w którym „mali nie będą krępować wielkich”, a rozwój nauki i techniki nie będzie hamowany moralnymi ograniczeniami. Ściągnął do współpracy naukowców, którzy prowadzili dla niego badania m.in. nad modyfikowaniem ludzkich genów.
W Rapture przepaść między bogatymi a biednymi rosła więc szybciej niż w zwykłym kapitalizmie, bo zaczęli się różnić nawet biologicznie. Bogatych stać było na kupowanie w Ryan Industries plazmidów pozwalających np. szybciej się poruszać i sprawniej projektować nowe wynalazki.
Zgodnie z filozofią libertariańską, w Rapture nie było policji próbującej zapewnić powszechne bezpieczeństwo. Każdy za to miał prawo być dowolnie uzbrojony. Stąd popularność genetycznych modyfikacji pozwalających na przykład na automatyczne rażenie prądem wrogów próbujących nas podejść od tyłu (if you ask me: najlepszy mod w grze).
Te modyfikacje wymagają stałego zasilania pewną substancją, bez ciągłego dostępu której człowiek traci nad nimi panowanie i pogrąża się w fizyczną i psychiczną degenerację. W chwili, w której gracz pojawia się w Rapture, w tym stanie jest już większość populacji.
Zawodowy kryminalista Frank Fontaine trafił do Rapture i dostrzegł szansę, jaką tworzy dla niego libertariański system społeczny. Zorganizował system pomocy społecznej dla najuboższych, których w Rapture nazywano „pasożytami”. Nie chodziło mu o ich dobro, tylko o największy skok w jego życiu: przechwycenie całego miasta i jego bogactw.
Fontaine próbował wykonać manewr odwrotny do tego opisanego w „Atlasie zbuntowanym” Ayn Rand: strajk najuboższych. Jeśli pewnego dnia znikną z ulic Rapture, Ryan Industries się będą musiały zawalić. Akcja udaje mu się tylko połowicznie, bo Ryan rozpoczął opóźniony kontratak.
Wynikająca z tego wojna domowa zniszczyła utopijne społeczeństwo, a braki w dostawie substancji potrzebnej do kontrolowania genetycznych modyfikacji zmieniła większość jego mieszkańców w potwory. Nie są już ludźmi tylko „splicerami” – trochę jak zombie, tyle że inteligentniejsze i sprawniejsze fizycznie.
Inteligencja splicera objawia się tym, że potrafi obsługiwać cywilizacyjne narzędzia i nadal rozumie ludzką mowę, ale całkowicie zaniknęły w nim zdolności społeczne. Kieruje się najprymitywniejszym egoizmem, dlatego nie można nawet dogadać się z nim na poziomie „koleś, jestem lepiej uzbrojony, więc może po prostu odpuść sobie i daj mi przejść”.
Splicer jest więc ostatecznym wcieleniem ideału Ayn Rand, jakim jest człowiek doskonale pozbawiony altruizmu. W finale – teraz nastąpią lekkie spojlery ale mgliste i aluzyjne – mamy wybór między oddaniem świata splicerom we władanie i ocaleniem altruizmu. A więc: człowieczeństwa.
Jeśli w trakcie gry zachowujemy się altruistycznie – nie dostaniemy żadnej nagrody poza lepszym zakonczeniem. Nie jest tak jak w „Doomie”, gdzie naukowiec za uratowanie daje nam kod do szafki z amunicją. Nagrodą za altruizm jest tylko satysfakcja. Bardzo mi się to podoba jako literacka metafora.
W usta swojego porte parole Johna Galta w „Atlasie” Rand włożyła tyradę przeciw pomocy społecznej i pasożytom, którzy z niej korzystają (ta tyrada zresztą parodiowana jest w przemówieniach Andrew Ryana w „Bioshocku”). Takie brednie może mówić tylko ktoś przekonany, że nigdy w życiu nie będzie miał pecha.
Libertarianin powie: po co mi publiczna służba zdrowia, skoro i tak wszystko sobie leczę na własny koszt. Ja mu powiem: jeśli dotąd miałeś tylko takie zdrowotne problemy, które może udźwignąć złota czy platynowa karta kredytowa, to masz farta. Ale rak może się przydarzyć każdemu. A tutaj terapie bardzo szybko lecą w kwoty siedmiocyfrowe.
Człowiek przekonany, że nigdy nie będzie miał raka, to idiota. Zwłaszcza, jeśli przy tym pali dwie paczki dziennie. Jak Ayn Rand. U której wykryto raka płuc, ale skutecznie uleczono – m.in. dzięki temu, że stała właśnie takim pasożytem, jakich opluwała w swoich książkach.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz