Gross, mistrzowski popularyzator

Do czytania na ferie wziąłem sobie „Złote żniwa” Grossa. Jak chyba prawie wszyscy poza redaktorami wydawnictwa Znak, po książkę sięgnąłem już po zapoznaniu się z toczącą się na jej temat dyskusją.
Jeśli ośmielam się dorzucić do niej swoje 0,03 PLN to nie dlatego, że czuję się na siłach oceniać ją pod kątem prawdy historycznej tylko dlatego, że dyskusja wytwarza w czytelnikach fałszywe jej wyobrażenie. Wytworzył się obraz „Złotych żniw” jako wielkiego oskarżenia pod adresem Polaków.
Otóż zupełnie tak nie jest. Autor dwoi się i troi, żeby podkreślać uniwersalny wymiar obojętnego przyzwolenia, z jakim Europejczycy patrzyli na Holocaust.
Ledwie Gross wspomni o Jedwabnem, zaraz dla wyrównania pisze o Salonikach. Pisząc o polskim przedwojennym antysemityzmie, od razu porównuje go do francuskiego. Grabież majątku w Generalnym Gubernatorstwie od razu porównana jest do sytuacji w Austrii po Anschlussie, i tak dalej.
Dla uniknięcia przypisania mu błędnych intencji, Gross kończy książkę cytatem z Yehudy Bauera: „Problem moralny, jaki mamy z Holokaustem nie polega na tym, że sprawcy byli nieludzcy, ale na tym, że byli ludzcy, tacy jak my”. Nie „my, Polacy”, nie „my, Żydzi”, tylko po prostu „my, ludzie”.
Wydaje mi się jednak, że gdzieś w tej próbie uniknięcia i tak nieuniknionej niesprawiedliwej manipulacji leży kompozycyjna słabość tej książki. Nie polemizuję z jej szlachetnym przesłaniem: wszyscy chcielibyśmy wierzyć, że Holocaust wziął się ze zbrodniczych cech jakiegoś narodu, ruchu politycznego czy „stulecia totalitaryzmów”.
Chcielibyśmy wierzyć, że mieszkając w innej epoce, w innym kraju, wyznając inne poglądy, jesteśmy jakościowo odmienni od ludzi odpowiedzialnych za tamte zbrodnie, ale to naiwna fantazja pocieszeniowa.
Do cytatów, które zrobiły na mnie w tej książce największe wrażenie, należy niewinny passus z pamiętników „obywatela ziemskiego” Józefa Górskiego, który wprawdzie jako chrześcijanin współczuje mordowanym Żydom, ale pisze: „Nie mogłem ukryć uczucia zadowolenia, gdy przejeżdżałem przez odżydzone nasze miasteczka i gdy widziałem, że ohydne, niechlujne żydowskie rudery z nieodłączną kozą przestały szpecić nasz krajobraz”.
Gdyby Górski miał dzisiaj bloga, mógłby podobnie uzasadniać deportacje Romów z Francji: że oczywiscie prawa człowieka i wewogle, ale to w sumie jednak tres joli, że ohydne obozowiska  przestaną szpecić i zagrażać.
Książkę ciężko się jednak czyta właśnie dlatego, że autor skacze od Ku-Klux-Klanu do Treblinki, od Odilo Globocnika do sierżanta Garnera z Abu Ghraib. Może lepiej autor by zrobił godząc się z tym, co nieuchronne: że jego książka i tak wzbudzi wiele protestów, a najgłośniej będą krzyczeć ci, którzy jej nie przeczytali, i po prostu trzymał się jedności miejsca i czasu?
Mimo to uważam tę książkę za bardzo cenną. Gross modelowo pełni rolę popularyzatora historii. Przeczytałem polemiczne teksty akademickich historyków oraz znakomity wywiad Joanny Szczęsnej z Barbarą Engelking i Janem Grabowskim.
Tak się składa, że z wieloma krytycznymi recenzentami Grossa, na przykład Marcinem Zarembą czy Pawłem Machcewiczem, miałem przyjemność rozmawiać na gruncie prywatnym. Dobrze znam więc kontrast między tym, jak pasjonująco potrafią mówić o historii w towarzyskiej rozmowie – i jak ciężkie w lekturze są ich publikacje.
Ten kontrast jest zrozumiały: akademicka historia to jedno, popularna narracja to drugie. Akademicki historyk nie może tak po prostu napisać o śmierci „kilkudziesięciu” tysięcy Żydów z ręki polskich chłopów – albo będzie wiedział, że zginęło dokładnie 27.642, albo pominie ten temat.
No ale na tym właśnie polega rola popularyzatora – czy to w naukach ścisłych czy humanistycznych. Może upraszczać, może metaforyzować, może wybierać tylko to co według niego najciekawsze. Kto chce akademickiej ścisłości, niech sięgnie po publikacje akademickie.
Unikam tematyki Holocaustu. Mój stosunek do książek i filmów na ten temat wyraża gorzki żart z serialu „Statyści”, w którym Kate Winslet wątpi, czy coś jeszcze można tu nowego powiedzieć: „We get it, it was grim, move on”.
Jak widać, coś jednak można. Ale gdyby nie Gross, nigdy bym się nie dowiedział o najnowszych ustaleniach Barbary Engelking, Jana Grabowskiego czy Dariusza Libionki. Nie możemy się spotykać towarzysko z historykami tak często, jakbyśmy chcieli, dlatego potrzebujemy popularyzatorów.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz