Co to jest mikrosiwert?

Domyślam się, że wielu ludzi sobie teraz zadaje to pytanie, więc skorzystam z okazji, żeby się powymądrzać (proszę zaglądać pod kreskę by sprawdzić, czy – jak to przy takich okazjach bywa – się nie wygłupiłem PORANNY EDIT: ależ oczywiście, ale na szczęście tylko w pisowni).
Doniesienia medialne o poziomie radiacji są nierzetelne powyżej standardowego poziomu nierzetelności, mierzonego w mikrowawaszach. Na początku sam spanikowałem widząc wzmianki o setkach milisievertów bez podania jednostki czasu – bo myślałem, że jest nią sekunda. Potem się okazało, że godzina, więc odetchnąłem z ulgą.
Stąd mamy na początek regułę kciuka: jeśli ktoś mówi, że koło elektrowni zarejestrowano sto, dwieście czy pięćset milisiwertów i nie podaje, czy na sekundę, na godzinę czy na rok – to on nie wie co mówi i nie ma go co słuchać. Siwert to jednostka promieniowania pochłoniętego przez ludzkie ciało, a więc w teorii bycie dobę w stu milisiwertach na godzinę to to samo, co bycie godzinę w 2,4 Sv/h.
Podkreślam – w teorii. Tak naprawdę nie wiadomo, czy organizm reaguje liniowo na promieniowanie. Tak zakłada model zwany LNT (linear no threshold – liniowy bez progu). Za moich czasów studenckich nauczano, że LNT przyjęto nie dlatego, że empiria potwierdza ten model (w rzeczywistości obserwujemy bardzo konkretny próg w okolicach 0,25 Sv), tylko żeby być po bezpiecznej stronie przy ustalaniu norm BHP.
Swoich wyznawców ma model tzw. hormezy radiacyjnej, zgodnie z którym bardzo niewielkie dawki promieniowania są nawet korzystne dla zdrowia. Ten model też ma słabe oparcie w empirii, ale hormeza występuje w przyrodzie, choćby hormeza etanolowa. Choć w większych dawkach etanol jest trucizną, to kieliszeczek chartreuse jest dobroczynny dla organizmu, zwłaszcza po sutym posiłku.
Dopóki poruszamy się w dawkach rzędu mili- czy mikrosiwertów, nawet nie wiadomo, czy cokolwiek sensownego mierzymy. Stąd żartobliwe jednostki takie, jak popularny ostatnio w kręgach #ttdkn BED, czyli Banana Equivalent Dose.
Banany należą do najbardziej radioaktywnych owoców (bo mają dużo potasu, a potas ma relatywnie dużo izotopu K-40). Zjadłszy jednego banana, pochłaniamy 0,1 mikrosiwerta.
Kolega Pafcio, któremu jestem za to bardzo wdzięczny, podrzucił linka do stacji monitorowania położonej 165 km od Fukushimy. Gdy piszę te słowa, stacja mierzy w atmosferze 0,2 mikrosieverta na godzinę. To znaczy, że radiacja tam jest taka, jakby zjadano dwa banany na godzinę.
W najgorszym momencie (15 marca o 8:40 czasu lokalnego) aparatura zanotowała 1,2 mikrosiwerta na godzinę.
Gdybym był redaktorem jakiegoś portalu, napisałbym „SZOK !!! SZEŚCIOKROTNE PRZEKROCZENIE NORMALNEGO POZIOMU !!!”. Ale że jestem prostym blogerem, napiszę tylko, że dwanaście bananów na godzinę to za mało, by zabić potomków samurajów.
Większym problemem od samego promieniowania jest skażenie radionuklidami, czyli przede wszystkim słynnymi izotopami jodu, cezu i potasu. W bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni prawdopodobnie niestety znajdziemy już wszystko co zna radiochemia, bo stracili panowanie nad basenami ze zużytym paliwem.
Nadal jednak nie mieli tam tego, co w Czarnobylu – czyli wybuchu rozrzucającego radionuklidy po całej okolicy (mieliśmy serię wybuchów w pobliżu reaktora, ale nie wewnątrz jego obudowy). Dlatego stacja pomiarowa 165 kilometrów od elektrowni rejestruje tylko śladowe ilości radioaktywnego jodu i telluru.
To generalnie znaczy, że nie ma powodu już nawet nie tyle do paniki, co do zapominania o tym, że Japonia ma teraz poważniejsze problemy. Tam więcej ludzi zginie od rutynowych kłopotów sanitarno-epidemologicznych związanych z tej skali kryzysem humanitarnym, niż od promieniowania.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz