Język w policzku tygrysiej mamy

Zaczynam rozumieć prawicowy zwyczaj komentowania książek, których się nie czytało. Właśnie zamierzam zrobić to samo – nie czytałem „Bojowej pieśni tygrysicy” Amy Chua, ale dotarły do mnie echa w postaci dyskusji w prasie zachodniej, a ostatecznie przeraził tekst w „Wysokich Obcasach”.
Czytam w nim: „Chua uparcie powtarza czytelnikom, że piątka jest niewystarczająco satysfakcjonującą oceną, a jedynym zajęciem, jakim powinny się trudnić jej dzieci, jest takie, które pozwoli im na zdobycie medalu i to tylko złotego. Oznacza to całkowity zakaz spotkań z koleżankami, oglądania telewizji czy grania na komputerze.
Historia dziecięcego utworu na fortepian, który ‚Lulu’ zmuszona była ćwiczyć od obiadu do momentu pójścia spać pod groźbą oddania ulubionej zabawki do sklepu dla ubogich, czy wspomnienie o odrzuconej przez mamę laurce, bo okazała się ‚zbyt niedoskonała’ (‚Należy mi się coś lepszego’ – mówi ‚tygrysica’), brzmią jak okrutna opowieść, którą należy straszyć niesforne dzieci”.
Na ile powyższe rzetelnie streszcza książkę – nie będę oceniać, aż na tyle jeszcze nie sprawaczałem. Nie mogę jednak nie zaprotestować, gdy w „Wysokich Obcasach” pada potem zdanie „W swoich wyznaniach i rozważaniach na temat metod wychowawczych Amy Chua pozostaje jak najbardziej poważna”.
To zwyczajnie nieprawda – proszę obejrzeć choćby wystąpienie Chua w Colbert Report. Tam skąd pochodzę ludzie nie mówią „it’s supposed to be funny, it’s a self-parody” o rzeczach, które w ich intencji mają być „jak najbardziej poważne”.
Odpowiadając na komentarze czytelników „Wall Street Journal” Chua pisze już wprost o „jokes about A+’s and gold medals” i zaznacza: „much of my book is tongue-in-cheek, making fun of myself”. Mam wrażenie, że tekst do „Wysokich Obcasów” pisał ktoś, kto nie złapał dowcipu.
Na usprawiedliwienie można dodać, że nie złapała go także część amerykańskiego społeczeństwa, zmylona fragmentem książki wybranym przez „Wall Street Journal”. Gazeta dała jej do tego prowokacyjny i mylący tytuł (Amy Chua: „I don’t believe, by the way, that Chinese parenting is superior – a splashy headline, but I didn’t choose it”).
Od początku w tej debacie nie chodzi więc o to, co zdaje się niestety sugerować tekst w „Wysokich Obcasach”, że Chińczycy mają jakiś swój inny i lepszy model wychowawczy. Zgodnie z klasycznym mechanizmem orientalizmu, Zachód dokonuje projekcji własnych lęków i marzeń na zmitologizowany Orient.
Wygląda na to, że podobnie będzie wyglądała recepcja tej książki w Polsce. Do nas też przecież dotarła zaraza amerykańskiego podejścia do wychowywania dziecka na czempiona. „Piątka to za mało, liczy się tylko złoty medal” – jejku, ja już takich rodziców widuję na wywiadówkach.
Tacy rodzice teraz ucieszą się tak samo, jak przedtem cieszyli się rodzice amerykańscy: oto chińska pani profesor udowodniła, że ten model jest lepszy. I mniejsza, że książka opowiada właśnie o tym, że ten model nie działa i że autorka musiała go porzucić.
Amy Chua pisze to już na obwolucie – książka ma długi podtytuł kończący się słowami „and how I was humbled by a thirteen-year-old”. Jak każdy porządny rodzic, Amy Chua zaczynała tę przygodę z mnóstwem wyobrażeń o tym, jak powinna wyglądać idealna matka, a potem rozbiła te wyobrażenia o kant bioder i kierowała się głosem serca i zdrowego rozsądku.
Chcę zabrać głos w tej debacie nie czekając na polskie wydanie, bo chciałbym zaapelować do wszystkich rodziców od „piątka to za mało”, żeby też rozważyli porzucenie swojego modelu. Dajcie swoim dzieciom luz i pogódźcie się z tym, że lepsza czwórka bez wysiłku niż szóstka wymęczona korepetycjami.
Granie w gry i oglądanie telewizji też bywa kształcące. Dziecko zacznie się udzielać na forum wielbicieli swego ulubionego tytułu, szybko odkryje, że na polskich forach nie ma nic ciekawego, przeniesie się na angielskie i – gdy skończy studia, będzie znało angielski nie tylko w sensie zdanego egzaminu ale i w sensie umiejętności porozumiewania się.
Z definicji nie wszyscy mogą być czempionami, a srebrny i brązowy medal też są całkiem fajne. Ja na przykład nie jestem ani najważniejszym ani najbogatszym dziennikarzem w Polsce, ale dobrze mi w mojej malutkiej niszy. Nie zamieniłbym się z Tomaszem Lisem ani Moniką Olejnik (tzn. chętnie na konta bankowe, ale na pewno nie na specjalizację zawodową).
Lepiej w życiu robić to, co się lubi, niż gnać po ten mityczny złoty medal. Wszyscy i tak zdążymy dobiec do napisu „meta” na bramie lokalnego cmentarza. Święty Piotr ma czas, poczeka.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz