Doing the Time Warp

Rocky Horror w Och Teatrze

Z cyklu „po co dziennikarzom blogi”, odniosę się na blogu do czegoś, do czego już się odniosłem dziennikarsko – czyli do „Rocky Horror Show” w Och Teatrze. Blog nie gazeta, zakładam że tutejsi czytelnicy tekst „Science Fiction Double Feature” znają na pamięć, na hasło „Brad i Janet” reagują adekwatnymi wykrzyknikami „Asshole!” i „Slut!” i nie potrzebują propedeutyki campu dla opornych.
Więc: misiępodobało, ale jako drobnomieszczanin łaknący rozrywki jestem łatwą publicznością. W moim monotonnym życiu wyjście do teatru (albo nawet do kina) samo w sobie jest świętem. Jeśli aktorzy będą śpiewać i tańczyć, prawie na pewno będzie mi się podobało – no chyba że to będzie sceniczna adaptacja encyklik papieskich do taktu polskich gwiazd rocka chrześcijańskiego.
Są jednak z kolei krytycy i blogonauci, których reakcje są równie przewidywalne jak moje. Haters gonna hate, hipsters gonna hipst. Wiadomo, że MRW będzie z założenia przeciwko polskiemu tłumaczeniu, like, czegokolwiek. Więc już nawet nie ma go sensu pytać o zdanie.
Komu ma uwierzyć człowiek, zastanawiający się nad ryzykiem zmarnowania paru dych i skwaszenia wieczoru? #Corobicjakzyc? W trosce o takowych postaram się spektakl po prostu opisać.
No więc mnie w świat transgenderowej transgresji wprowadziło już pojawienie się „Usherettes” – Magenta i Columbia udając sprzedawczynie popcornu jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu zaczepiają widzów. Rzędy oznaczone literami obsługiwała na moim przedstawieniu (ostatnie przedpremierowe 31.03) Columbia, rzędy oznaczone cyframi rzymskimi Magenta. Miasta, które sprawdzą inne spektakle, niech się wpisują.
Ponieważ formalnie to jeszcze nie jest spektakl – można robić zdjęcia. Jak widać, siedziałem w rzędach literowych, stąd na moim zdjęciu Columbia, wystylizowana na „dżagę” (jeśli dobrze rozumiem slang młodzieżowy, to takie chamowate idiotki zachowujące się jak parodia Dody u Szymona Majewskiego?).
Polonizacje w spektaklu są bardzo delikatne. Pisałem w „Gazecie”, że pojawia się tu echo dowcipu „oj tam, oj tam” (przyznacie, że doskonale pasującego do dr Frank’n’Furtera).
Makijaże i fryzury Fantomów przypominają polski obciach lat 80., takoż muzyczna aranżacja. Od razu przypomniał mi się teledysk „Noc komety” i musical „Akademia Pana Kleksa”, ale nie ten bajerancki z „Romy”, tylko ten obciachowy z 1983.
Ale czy to źle? „Rocky Horror” odwołuje się przecież do campowej rozkoszy wspominania niegdysiejszych obciachów i utraconej niewinności, gdy łykaliśmy to bez skrzywienia. Jeśli na polskiej scenie queer jeszcze nie ma impersonatorów Urszuli, Felicjana Andrzejczaka i Franka Kimono, to tylko źle o niej swiadczy.
W polskich wersjach kluczowych piosenek refreny brzmią na przykład tak: „Science-fiction, czysta fikcja, ożył stwór doktora Iksa”, „Światła blask (Frankenstein swój zamek tam ma)” i „Niech znów zapętli się czas”. Nie są to arcydzieła tekściarstwa, ale powiedzmy sobie szczerze, że oryginały też nie – to jak ze „Smoke On The Water”, im mniej rozumiesz, tym więcej głębi w tym dostrzegasz.
Powypadała większość nazwisk i tytułów z Prologu, ale rozumiem sens tej decyzji. Oryginalny tekst jest pełen nawiązań do prawdziwych tytułów, które budziły automatyczne skojarzenia dla anglojęzycznych widzów na początku lat 70., np. „Then at a deadly pace it came from outer space”.
Co z tym zrobić po polsku? „It Came from Outer Space” nigdy u nas nie miało przecież kinowej dystrybucji, ten tytuł kojarzą u nas tylko ludzie, którzy blogują w sobotni wieczór. W gazetowym felietonie żartobliwie sugeruję nawiązanie do filmów o Godzilli („wtedy z ogromnym trach wyskoczył Ebirah”), ale to już byłby przecież wierzbiętyzm.
Namawiam więc na danie szansy temu spektaklowi. Jak ktoś ma problem z przyswajaniem oldskulowego obciachu o suchym pysku, jest bufet z wyszynkiem. I remember doing the Time Warp, drinking those moments when… the blackness would hit me and the void would be calling – let’s do the Time Warp again!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz