Rewolucjoniści

Od kwietniowego rankingu od czapy nie minął jeszcze tydzień, a ja już awansem proponuję majowy. Kwietniowy był o więziennych poziomach w grach komputerowych. A gdzie więzienie, tam kajdany, bat i zęby krat, które należy odpowiednio zerwać, połamać i wyrwać (murom).
Do tego potrzebny jest, ma się rozumieć, rewolucjonista. A skoro zaraz 1 maja, święto rewolucjonistów zabitych w USA w majestacie bezprawia za walkę o to wszeteczne lewackie bezeceństwo, ośmiogodzinny dzień pracy – no to czas na ranking wirtualnych rewolucjonistów.

Najbardziej imponuje mi bezimienny bohater gry „Republic: The Revolution”, który poprzez knucie, agitowanie i korumpowanie oficjeli obala dyktatora Karasova w postsowieckiej republice Novistrana. Imponuje mi tak bardzo, że nie jestem w stanie w to grać.
Grę kupiłem od razu jak wyszła, zachwycony zapowiedziami. Okazała się jednak tak trudna, że nigdy się nie nauczyłem grać. Stoi sobie na półce, nawet nie wiem, czy pójdzie na nowym Macbooku. Co jest zabawną metaforą podejścia burżuazyjnego marksisty do rewolucji sensu largo.

Najwięcej się narewolucjonizowałem grając w „Red Faction”. Górnicy zwabieni na Marsa przez korporację Ultor pracują w strasznych warunkach, od pewnego czasu giną od tajemniczej choroby. Korporacja zamiast im pomóc, zezwala swoim strażnikom na coraz większą brutalność.
I oto na oczach Parkera, jednego ze sfrustrowanych górników, strażnik zabija jego kolegę. That does it. Parker rzuca się na strażnika i odbiera mu broń. W całym sektorze wybucha otwarty bunt, a my – ku naszemu zaskoczeniu – stajemy na jego czele.
No, taką rewolucję, to ja rozumiem. Ładunki ze zdalnym detonatorem, railguny, egzowspomaganie, marsjańskie łaziki. Groteskowo komiczny poziom, na którym trzeba wdziać garnitur i udawać korpoludka (byle nie podejść za blisko do innych korpoludków, bo rozpoznają górnika w przebraniu).
Bonus: rozstrzeliwanie korpoludków i wsłuchiwanie się w ich „nie miałem z tym nic wspólnego!”. Ziobra ziobra, w IG Farben też tak mówili.

I na koniec: Victor Troska. Nie prosił się o bycie rewolucjonistą, chciał tylko spokojnie żyć w Republice Nogova. Która pod każdym względem przypomina dawną Czechosłowację, poza tym, że jest wyspą na niesprecyzowanym oceanie.
Gdy władze Nogovy zaczęły w 1982 roku reformy demokratyczne, Związek Radziecki dokonał zbrojnej interwencji. Mieszkańcy Nogovy zrobili to, co każdy porządny Czech robi podczas zbrojnej interwencji. Poszli do lasu, uzbrojeni w byle co – nawet w myśliwskie śrutówki.
Żałuję, że tej gry nie odkrył Cezary Michalski i publicyści z jego środowiska. Ich raison d’etre w Trzeciej Rzeczpospolitej było smęcenie, że Michnik z Kuroniem im zabrali największe marzenie ich pokolenia, czyli krwawą wojnę domową, w której też mogliby parę miast puścić z dymem, jak bohaterowie lektur szkolnych.
„Operation Flashpoint: Resistance” w pełni zaspokaja te marzenia. Gra jest bardzo realistyczna – na ile się da, oddaje cały urok leżenia w krzakach z RPG-7 i czekania na ruskiego T-72. I jako bonus – dewastacji cywilnej infrastruktury. By sobie prawacy grali, wyżyli instynkty i nie zawracali nam głowy. Że też nikt nie wpadł na rozsyłanie im kopii!
Na koniec z okazji święta pracy, życzę wszystkim internetowym lewakom pomyślnego fragowania podczas majówki – a i potem w robocie, bo prokrastynacja to nasza tajna broń w walce klas 😉

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz