Now Playing (124)

Wpadła mi ostatnio w ucho piosenka, którą lubię od dzieciństwa. Zna ją też pewnie większość blogobywalców, ale jak już wielokrotnie pisałem, to nie jest cykl o nowościach czy nawet o piosenkach wartych polecenia, tylko brutalnie ekshibicjonistyczny zrzut z tego, co właśnie leci z Ajfona.
A leci bluesowa ballada AC/DC „Ride On” z albumu „Dirty Deeds Done Dirt Cheap”. Jest bardzo prosta i przypomina inne bluesowe ballady – dla mnie była pierwszą jaką usłyszałem, więc gdy potem słuchałem Johna Mayalla, Chucka Berry czy Roberta Johnsona, nie mogłem się powstrzymać przed absurdalnym wrażeniem, że zrzynają z AC/DC.
Bohater utworu jest tym samym mizogynicznym bucem, którego znamy z innych ballad bluesowych. W pierwszej zwrotce oskarża jakąś kobietę o to, że go porzuciła – choć potem sam przyznaje, że to jego wina, bo ma zasadniczy problem z wiernością i dochowywaniem obietnic.
Bylibyśmy więc o krok od stoczenia się na poziom bohaterów piosenek „Dżemu” czy „Perfektu”, ale Bon Scott był na to za inteligentny. Jego podmiot liryczny dochodzi do wniosku, który przerastał bohaterów tych wszystkich „Cegieł” i „Nie płacz Ewek” – przyznaje, że wszystkiemu winny jest tak naprawdę jego pusty łeb.
Kolejne zwrotki odwołują się żartobliwej gry słów, w której podmiot liryczny deklaruje, że nie jest na coś za młody, ale z drugiej strony, nie jest na coś innego za stary (przy czym czasowniki związane ze starością układają się w wewnętrzny rym: cry/die/try).
Podmiot liryczny czuje się za młody, by stracić całkowitą nadzieję – ale też pewnie jest już za stary, żeby uwierzyć w obietnicę składaną ewidentnie bez przekonania: „one of these days I’m gonna change my evil ways”.
No może kiedyś, jak już piekło zamarznie. Na razie podmiot liryczny po prostu zrobi to, co zawsze w tej sytuacji – skuje się do nieprzytomności w jakiejś ponurej dzielnicy, a jeśli rano jeszcze będzie żywy, opuści to samotne miasto i uda się do następnego. „Ride on…”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz