Przyjaciele powstrzymują przyjaciół

Bardzo przepraszam za kolejną notkę, która znów tylko powiela to, co pisałem przedtem, ale czasem na blogu trzeba Zabrać Głos, Żeby Dać Świadectwo. Bardzo mnie cieszy, że moja „Gazeta” nie pozwala na zagrzebanie sprawy więzień CIA w Polsce, choć zmroził mnie mój kolega Wojciech Czuchnowski deklarując, że według niego „w pewnych sytuacjach przemoc i tortury mogą być dopuszczalne”.
Nie mogę tego nie skomentować: NIE MA TAKICH SYTUACJI. Ludzie, którzy o nich mówią, zwykle wymieniają przykłady wyciągnięte z fantazji i klisz popkulturowych – że gdzieś tyka bomba i mamy dwadzieścia minut na wydobycie od pojmanego terrorysty jej lokalizacji.
Kochani, ja też znam te filmy. Wszyscy pamiętamy, jak bezczelny Adrien Brody (na trzy lata przed przełomową rolą u Polańskiego), siedzi w koszulce zespołu Husker Du i odmawia współpracy z policją, a tam gdzieś żywcem zakopanej kobiecie kończy się tlen.
Tylko wiecie – jak już mówimy o filmach, to w filmach tortury też są zbędne. James Bond nadludzkim wysiłkiem pokona te irytujące okoliczności i na dokładne 007 sekund przed detonacją ocali nas wszystkich. A my rezygnując z tortur zapewnimy sobie uczucie satysfakcji, że w chwili próby zachowaliśmy się jak porządni ludzie, jak pasażerowie promu w „Mrocznym rycerzu”.
W realnym życiu nie ma takich sytuacji, więc tortury są jeszcze bardziej nieprzydatne. Historia dwudziestowiecznych totalitaryzmów pokazuje przede wszystkim, że tortury są bardzo skuteczne w wymuszaniu zeznań fałszywych.
Podczas stalinowskich czystek tysiące ludzi udało się zmusić do przyznania się do udziału w wyimaginowanych spiskach – oraz wskazania rzekomych wspólników. Człowiek torturowany przyzna się w końcu do wszystkiego oraz wskaże dowolne miejsce pobytu Bin Ladena, po prostu żeby choć na chwilę odpocząć od bólu.
Abstrahując na razie od pytania o ocenę zasadności celu zabicia Bin Ladena, zacznijmy od tego, że fałszywe zeznania uzyskane torturami tylko SPOWOLNIŁY działania Amerykanów. Przekleję niewielki fragment znakomitego tekstu z New York Times na ten temat:
“The bottom line is this: If we had some kind of smoking-gun intelligence from waterboarding in 2003, we would have taken out Osama bin Laden in 2003,” said Tommy Vietor, spokesman for the National Security Council. “It took years of collection and analysis from many different sources to develop the case that enabled us to identify this compound, and reach a judgment that Bin Laden was likely to be living there.”
Tortury nie są cudownym skrótem eliminującym w pracy wywiadowczej „lata zbierania i analizy danych”. Nawet jeśli torturami zdobędziesz od kogoś informację, że Bin Laden jest w Kabulu – musisz ją weryfikować, weryfikować i jeszcze raz weryfikować z innych źródeł, zanim wyślesz gdzieś komando fok. A skoro już wykonałeś cały wysiłek związany z tą weryfikacją z różnych źródeł – po co w ogóle były te tortury?
Uważam siebie za przyjaciela Ameryki. Ale znam amerykańskie powiedzonko „friends don’t let friends [tu wstaw dowolny przykład czegoś, przed czym przyjaciel powinien powstrzymać przyjaciela]”. Prawdziwego przyjaciela poznajemy także po tym, że wyrwie nam z ręki kluczyki, gdy będziemy szli do samochodu po paru głębszych.
Pozwalając Amerykanom torturować więźniów na naszym terytorium, zachowaliśmy się jak zły przyjaciel. Oni z kolei robiąc przecieki do mediów, dzięki którym sprawa wyszła na jaw – zachowują się jak dobry przyjaciel, bo nie pozwalają nam na zatuszowanie sprawy.
Friends don’t let friends torture prisoners and whitewash the whole story.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz