Ronald Reagan jako potwór

MRW ma moją dozgonną wdzięczność za poinformowanie o drugim wydaniu mojej książki – fatalnie się czułbym samemu pisząc taką notkę :-). Dorzucę więc tylko luźny komentarz od czapy do innego tematu, który nas połączył: „Super 8” Abramsa.
Film mi się bardzo podobał (z wyjątkiem przesłodzonego zakończenia). Szersze dyskusje na jego temat były już gdzie indziej, sam wniosłem do nich swoje 0,03 PLN, tutaj skupię się więc na aspekcie pop-marksistowskim.
Film pokazuje Amerykę, która dziś w bardzo dosłownym sensie nie istnieje – Amerykę roku 1979, Amerykę w której przeciętny robotnik pracujący w hucie może sobie pozwolić na domek z ogródkiem. Amerykański sen o pucybucie-milionerze zawsze był fikcją, ale amerykański kapitalizm dostarczał jego namiastkę: sen o pucybucie w klasie średniej.
Wybór roku 1979 na czas akcji „Super 8” podyktowany jest czynnikami stricte popkulturowymi. To ostatnie czasy optymistycznej wizji podboju kosmosu, kiedy jeszcze można było wierzyć w powrót na Księżyc czy załogową wyprawę na Marsa przed rokiem 2010. Symbolizują to dwa modele statków kosmicznych w pokoju głównego bohatera: USS Columbia i TIE Fighter.
To także ostatnie czasy, w których symbolem domowego wideo jest taśma super 8, a nie VHS. No i wreszcie czasy rewolucji w kinie fantastycznym, kojarzonej ze Spielbergiem i Lucasem.
Szanuję te przyczyny i nie twierdzę, że J.J. Abrams kierował się jakimiś innymi czynnikami. Rzucę jednak kilkoma liczbami z książki, o której będzie następna notka.
Między rokiem 1979 a rokiem 1997 realne zarobki ludzi pośrodku amerykańskiej tabeli zarobków wzrosły o 9%, a zarobki górnego procenta o 140%. Przez całą dekadę lat 90. 60 milionów Amerykanów odczuwało albo stagnację realnych zarobków, albo wręcz ich spadek.
Styl życia bohaterów filmu wydaje się stabilny i bezpieczny. W fikcyjnym miasteczku Lillian, Ohio (nazwanym na cześć babci Abramsa) wszyscy pracują w hucie, w której pracowali ich rodzice i dziadkowie. Ta huta raczej na pewno nie dotrwa do roku 2011 w takiej formule, w czasach reaganomiki zapewne padnie ofiarą jakiegoś Gordona Gekko.
Film kręcono w prawdziwym miasteczku Weirton – założonym w 1909 przez Ernesta Weira, który wybudował tam hutę. Robotnikom udało się uratować zakład przed szaleństwem reaganomiki przez wykupienie go w 1984. Huta i tak zbankrutowała w 2003, zostawiając pracowników z oszczędnościami życia zainwestowanymi w bezwartościowe akcje (tu o ich emeryturach, a tu o ich opiece medycznej).
Obecnie szczątkową produkcję w Weirton utrzymuje europejski gigant ArcelorMittal, największy producent stali na świecie. Miasteczko jest dziś cieniem tego, czym było w roku 1979 – kiedy to w Ameryce byli najwięksi producenci, like, czegokolwiek.
Mieskańcy miasteczka byli bardzo pomocni w kręceniu filmu, występują w roli statystów m.in. w scenie ewakuacji Lillian oraz w scenie, na której zastępca szeryfa udziela wykrętnych odpowiedzi tłumowi rozgniewanych mieszkańców. Filmowcom bez trudu udało się znaleźć w miasteczku całe kwartały pustostanów do scen… no wiecie których.
Podsuwa to jednak fascynującą, przewrotną interpretację Potwora jako metafory nadchodzącego roku 1980. Za chwileczkę mieszkańcy Lillian z własnej głupoty wybiorą na prezydenta Ronalda Reagana, a ten uruchomi reformy gospodarcze, które ich na dalszą metę zrujnują. Klasa średnia przez następne trzy dekady będzie dziesiątkowana po to, żeby jej kosztem bogacił się górny 1%.
Rozmawiałem z młodymi aktorami, którzy mówili, że swoim bohaterom zazdrościli swobody – jaką pamiętamy jeszcze z ówczesnych filmow sf, jak „E.T.” czy „Goonies”. Dziś rodzice w klasie średniej raczej nie dają dzieciom takiego marginesu swobody, żeby można było potajemnie nakręcić film.
To się oczywiście ze sobą wiąże. Świat, w którym wszyscy mają domki i samochody, to świat w miarę bezpieczny. Świat narastającego rozwarstwienia to świat, w którym klasa średnia chowa się za mury strzeżonych osiedli, a dzieci się nie puszcza samopas na ulicę.
Abrams dał dzieciakom wolną rękę w kręceniu filmu, który KONIECZNIE NALEŻY OBEJRZEĆ podczas napisów końcowych. Dzieciaki pojechały klasową metaforą zombie, jakby scenariusz pisał im Mikołaj Marcela. Podejrzewam, że prawdziwe dzieciaki z 1979 wymyśliłyby raczej coś bezklasowego – ot, przychodzi Godzilla i rozgniata wszystkich po równo, nie zważając na zarobki.
Dzisiejsze dzieciaki już instynktownie rozumieją, że w różnych klasach społecznych różnie się umiera. I to jest straszniejsze od macek potwora z kosmosu.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz