Borys Szyc w garniturze

Snują się w swetrach i znacząco milczą

Sam sobie jestem winny – poszedłem do kina na polsko-francuski film pt. „Kret”, mimo wszelkich sygnałów ostrzegawczych w postaci choćby recenzji Tadeusza Sobolewskiego czy czterech gwiazdek od Pawła T. Felisa.
A przecież doświadczony konsument polskiej publicystyki kulturalnej powinien wiedzieć, co kryje się za eufemizmami typu „intrygująca próba” (przekład na polski: „porażka”) czy „grają niedopowiedzeniem, ledwo zauważalnymi gestami, nie wypowiadają swoich myśli w dialogach” (przekład: „godzinami nic się nie dzieje”).
Zdając sobie sprawę z tego, jak kiepski to jest film – dystrybutor promuje go plakatem, który z filmem nie ma nic wspólnego. Borys Szyc gdzieś nim biegnie w garniturze (WTF?).
W „Krecie” w ogóle nie ma takiej sceny, nikt tam nigdzie nie biega w garniturze, wszyscy raczej snują się w rozlazłych swetrach. I Znacząco Milczą, czasem tylko pochrząkując.
Posłużę się więc tym filmem jako ilustracją innej tezy. Zmorą polskiej foro-blogosfery są, jak wiadomo, emigranci. Ich kontakty z Polską są coraz słabsze, o kraju wiedzą tyle, ile wyczytają na blogach, forach i portalach.
Często czytają na nich przede wszystkim siebie nawzajem, bo są tu ponadprzeciętnie aktywni – prawdopodobnie dlatego, że bariera językowa uniemożliwia im swobodne włączenie się w życie kulturalno-społeczne swej drugiej ojczyzny.
I wszystko byłoby fajnie, gdyby zachowywali świadomość swej niewiedzy i związaną z tym skromność intelektualną. Z pewnością wielu zachowuje, ale ten tekst poświęcam tej hałaśliwej mniejszości, która im słabiej nadąża – tym bardziej będzie się upierać, że „z oddalenia wszystko widać wyraźniej”.
Spróbuj takiemu wyjaśnić, że nie zrozumiał jakiejś metafory, bo na przykład nie zna filmu, piosenki czy reklamy, do której się ona odwoływała – puści wściekle parę uszami i zacznie się napindrzać, że mu odmawiają prawo do wypowiedzi i wewogle go wykluczają i dyskryminują.
Do tej mniejszości należy reżyser „Kreta”, monsieur Rafael Lewandowski, który uznał, że bardzo dobrze rozumie Polskę, skoro z niej pochodził jego szanowny papa. Widać to w wywiadzie z Sobolewskim, w którym Lewandowski mówi m.in.: „Kiedy chciałem robić „Kreta”, Polacy zniechęcali mnie: znowu o lustracji? Komu to będzie służyć? Kto na to pójdzie?”.
„To chore podejście” – zawyrokował monsieur Rafael. No i zrobił film na przekór tym anonimowym Polakom, którzy go zniechęcali. Udowodnił tym samym, jak bardzo mieli rację.
Wyobrażając sobie Polskę na podstawie tego, co wyczytał w Internecie, Lewandowski był zapewne przekonany, że my wszyscy tu żyjemy dramatami lustracyjnymi. W jego filmie oskarżenia przeciwko postaci granej przez Dziędziela trafiają na pierwszą stronę tabloidów. Filmową rodzinę zaczynają oblegać paparazzi.
Tak nie było nawet podczas najgorętszych afer lustracyjnych – Maleszki, Boniego, Wolszczana czy Damięckiego. Nigdy nie budziły one aż takiej sensacji, jak w filmie Lewandowskiego. Więcej uwagi zawsze w Polsce poświęcano kwestiom takim, jak sport czy kurs franka szwajcarskiego.
Żeby lustracja trafiła na pierwsze strony tabloidów, musiałoby chodzić o jakiegoś supercelebrytę: Majewskiego albo Wojewódzkiego. Lustracja przywódcy strajku sprzed 30 lat? To byłoby w mediach coś rangi półdługiego na szóstej stronie. Jeśli nie dwuakapitowej notki w rubryce „kraj w skrócie”.
Broniąc swojego filmu Lewandowski powołuje się na swoje obserwacje obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu. „Idę pod Pałac Prezydencki, widzę manifestację, zaczynam rozmawiać z ludźmi – i jestem przerażony”.
Drogi panie Rafaelu, ale właśnie w tym problem, że ci ludzie byli bardzo nietypową mniejszością – tak jak ci, których internetowe obserwacje natchnęły Pana do tego nierealistycznego scenariusza.
Zrobił Pan typowy błąd obserwatora z zewnątrz: przypadki skrajne i nietypowe wziął Pan za przejaw ogólnej prawidłowości. „Obrońcy krzyża”, którzy Pana tak zbulwersowali, dla większości Warszawiaków stanowili obcy element na knajpianym deptaku.
Panie Rafaelu, mam nadzieję, że Pański następny film będzie na tyle udany, żeby Felis nie nazywał go „intrygującą próbą”, a dystrybutor mógł go reklamować materiałami pochodzącymi z samego filmu – a nie z desperacko zaimprowizowanej sesji zdjęciowej pt. „Szyc od czapy w garniturze”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz