Dzięki, Steve

Z okazji odejścia Jobsa, sierpniowy ranking od czapy poświęcę momentom w jego karierze, które z jakichś przyczyn najbardziej mnie fascynują.
Apple 1
Oczywiście, najpierw jest samo założenie Apple – wydarzenie, które obrosło wieloma legendami (niestety często miejskimi). A fakty są nawet fajniejsze od bajki o komputerze składanym w garażu, który okazał się bestsellerem.
Wozniak i Jobs współpracowali od pewnego czasu, m.in. sprzedawszy grę „Breakout” do rozkręcającego się wówczas Atari (Jobs przy okazji okradł przyjaciela na ok. 3000 dolarów zatajając przed nim faktyczną sumę sprzedaży). Po premierze Altaira wiosną 1975 wielu zdolnych inżynierów planowało własne mikrokomputery i Steve Wozniak nie był wyjątkiem.
Oferowane wówczas mikrokomputery były wyłącznie zestawami do składania przez hobbystów, ale nawet w tej formie rozchodziły się jak świeże bułeczki. Po słynnym artykule w „Popular Electronics” Altair dostał 4000 zamówień, a miał moce przerobowe na produkowanie 1100 miesięcznie.
W lutym 1976 Steve Wozniak po raz pierwszy pokazał prototyp Apple I na zebraniu Homebrew Club. Planował wyprodukować z Jobsem 100 zestawów dla hobbystów – i sprzedawać je hobbystom z klubu. W lipcu Steve Jobs dostał jednak znacznie lepszą ofertę: Paul Terrell, który śnił o uruchomieniu własnej sieci detalicznych sklepów komputerowych, zaproponował zapłacenie gotówką za 50 zmontowanych zestawów.
To był no-brainer – lepiej dostać od razu ok. 30.000 gotówką za partię 50 sztuk, niż potem sterczeć na targu żebrząc o zamówienia. Był tylko jeden problem: Steve’owie nie mieli kasy na części.
Banki nie chciały nawet rozmawiać z bosonogim hipisem, jakim wtedy jeszcze ciągle był Jobs. Steve obchodził więc znajomych, proponując im udziały w przyszłej firmy w zamian za pożyczkę lub dokapitalizowanie. Ciekawa byłaby lista osób, które miały szansę dostać 10% Apple za fistaszki, ale ją odrzuciły.
Nikt jej chyba dotąd nie ukladał. Najbardziej znany jest oczywiście Ron Wayne, „trzeci założyciel”, który pomagał Steve’om w montażu – mógł wybrać, 10% udziałów albo 500 dolarów gotówką. Wybrał gotówkę. Na liście jednak na pewno są Hal Elzig i Al Alcorn, poprzedni szefowie Jobsa oraz Dan Kottke – przyjaciel, z którym Jobs odbył rok wcześniej duchową pielgrzymkę do Indii.
Jobs był wtedy tak zielony w biznesie, że nawet nie rozumiał, że nie potrzebuje kredytu. Wystarczy klasyczny kredyt kupiecki, czyli zamówienie części z 30-dniowym terminem płatności. Poznał to pojęcie dopiero od Boba Newtona, handlowca z firmy Kierulff Electronics, który sprzedał mu te części – dzwoniąc jednak do Terella by sprawdzić, czy Jobs nie ściemniał.
Apple I nie był oszałamiającym sukcesem (i nie robili go w garażu tylko w sypialniach – najpierw Wozniaka, zanim Alice ich nie pogoniła, potem w domu przybranych rodziców Jobsa). Sukcesem było tylko zawarcie kontraktu z Terrellem, bo po uiszczeniu ok. 30.000 dolarów gotówką, problem ze słabo schodzącymi komputerami był teraz jego problemem.
Apple 3
Cztery lata później Apple miało wejść na giełdę. I jak to w takich sytuacjach bywa, człowiek, którego kierownictwo nie uznało za dość ważnego dla firmy, by przyznać mu pracowniczy pakiet akcji – mógł siedzieć biurko w biurko z kolegą, który właśnie wydzwaniał do lotniska w San Jose, żeby zarezerwować hangar dla swojego przyszłego prywatnego samolotu. To jest konfliktogenne nawet gdy o przyznawaniu akcji nie decyduje chimeryczny Steve Jobs.
Fanfarami uświetniającymi giełdowy debiut miała być premiera komputera Apple III. Robił on wszystko to, co popularny Apple II, ale do tego „krawaty wiąże, przerywa ciąże”, był więc skazany na sukces. Tyle, że ludzie wyróżnieni akcjami nie mieli wtedy głowy do niczego innego, do pilnowania interesu zostali więc tylko sfrustrowani pracownicy, których pominięto.
W efekcie Apple III na papierze było super, ale w praktyce miało fundamentalny feler. Z fabryki do magazynu większość egzemplarzy przyjeżdżało jako DOA. Nikt nie wiedział, co się dzieje.
To znaczy, jedna osoba wiedziała. To wspomniany wyżej Dan Kottke, przyjaciel Steve’a, dwunasty oficjalny pracownik Apple Computer. Pomagał przy składaniu Apple I, przy projektowaniu Apple II i Apple III. Założycielskie akcje należały mu się jak psu miska.
Ale Jobs był pamiętliwy. Pamiętał, że Kottke już raz miał szansę dostać udziały w Apple – i odrzucił tę ofertę. Chciał go ukarać. Gdy Kottke poruszył sprawę otwarcie ze swoim byłym przyjacielem Jobsem, usłyszał, że ma niskie stanowisko inżynieryjne („lowly engineer”) i akcje mu nie przysługują.
W rezultacie gdy Kottke odkrył źródło problemu z Apple III (zbyt luźne gniazdo dla procesora na płycie), zachował to odkrycie dla siebie. Pogwizdywał beztrosko przy swoim nisko-inżynieryjskim biurku i wesoło patrzył na pandemonium, jakie wokół niego odstawali koledzy, których fiasko Apple III mogło kosztować utratą tego wymarzonego prywatnego samolociku.
Jak potem wspominał, nie uważał, że jako „lowly engineer” jest godzien zawracać głowę Szanownemu Kierownictwu jakimiś tam gniazdami procesora. My hero.
Moj jedyny Macworld
Jobs, jak widać, potrafił być szefem z piekła rodem. Za kolejne pięć lat zostanie wyrzucony z firmy, którą współzakładał. „To było najlepsze, co mnie spotkało w życiu” – wspominał potem w pięknym przemówieniu do studentów Stanforda. Otarł się o samo dno i miał szansę na przemyślenie życiowych priorytetów.
Ostatnim punktem w rankingu będzie moment szczególnie bliski dla mnie – jedyne keynote Steve’a, które widziałem na żywo. To była premiera pierwszego iPhone’a i bawiłem się jak na koncercie rockowym.
Gdy Jobs spytał „ilu z was używa rejestru połączeń zamiast książki adresowej, bo prawdziwa książka adresowa w waszym telefonie jest zbyt trudna w obsłudze”, na sali pojawił się las rąk. Ja też entuzjastycznie machałem służbową Nokią E51, najobrzydliwszym telefonem, z jakim kiedykolwiek miałem nieprzyjemność.
Gdy prezentację interfejsu iPhone’a zakończył emfatycznym „and boy, did we patent it”, biłem mu brawo. Bo uważałem i uważam, że Apple należy się premia za wysiłek, jaki włożyli w obmyślenie dobrego interfejsu. „Przesuwanie zdjęć palcami” freetardzi nazywają dziś oczywistym, ale jeśli to jest oczywiste, to dlaczego nikt na to wcześniej nie wpadł?
Dzięki Ci, Steve – choćby za to, że wreszcie mam telefon komórkowy, który lubię. Wiem, że nie byłoby tego telefonu, gdyby nie wysiłek i ryzyko mnóstwa różnych ludzi, od biednego Terrella zaczynając, ale przede wszystkim bez wizjonerskiego szefa, który by latał, załatwiał, wyłudzał i wymuszał. Nawet jeśli dla niektórych byłeś szefem z piekła rodem, to karmiczny bilans wychodzi Ci jednoznacznie na plus. Ilu z nas może to o sobie powiedzieć?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz