Pięć lat wśród kurdli i ośmiołów

Minęło pięć lat od rozpoczęcia zabawy w blogowanie – z tej okazji zanudzę PT blogonautów wspominkami. Z decyzją o założeniu bloga woziłem się przez wakacje. To na nich dopadła mnie wiadomość, która przeważyła szalę.
Było to objęcie przez Jarosława Kaczyńskiego premierowskiego stolca. Dokładnie pamiętałem, jak zaledwie rok wcześniej ten sam człowiek zarzekał się, że jeśli jego brat zostanie prezydentem, on nigdy nie stanie na czele rządu. Szlag mnie trafił wobec tak bezczelnego łgarstwa.
Nadawało to blogowi skazę nieprawego pochodzenia – spłodziła go polityka polska, którą się brzydzę (nawet jeśli czasem zatykam nos i głosuję na mniejsze zło). Żeby się od tego pochodzenia choć trochę zdystansować postanowiłem, że szkieletem konstrukcyjnym bloga będą notki o aktualnie słuchanej muzyce oraz wymyślane od czapy rankingi.
Z grubsza udało mi się tego trzymać, gdybym zajrzał w przyszłość w 2006, z dumą zauważyłbym, że cykl muzyczny doszedł już do 126. odcinka. Pewnie bardzo bym się ucieszył z tego, że tysiącletnia IV RP zawali się z hukiem już w następne wakacje.
Skręciłoby mnie z zawiści, gdybym przeczytał o swoich przyszłych reporterskich podróżach, o których w 2006 mogłem tylko pomarzyć. To moja ogólna skaza psychiczna: zwykle wiem, że ten koleś, którym będę w przyszłości, ma w życiu lepiej niż ja mam teraz, więc lubię od niego pożyczać pieniądze.
I przez wiele lat to się w zasadzie zgadzało, ale jak długo? W 2006 czułem się pewny swojej pozycji zawodowej. Upadek prasy papierowej wtedy wydawał się czymś zapowiadanym przez teoretyków na odległą przyszłość, gdzieś pomiędzy premierą „Duke Nukem Forever” a wdrożeniem arsenku galu.
Kryzys roku 2008 strasznie te procesy przyśpieszył. Już mam „Duke Nukem” i już wiem, że swą smutną namiastkę kariery zakończę obdzwanianiem kolegów ze studiów, czy gdzieś mi się nie uda zaczepić przy produkcji kosmetyków.
Najbardziej jednak mnie z 2006 załamałaby chyba wiadomość o tym, że ja z 2011 będę głosować na Platformę, partię Gowina i Niesiołowskiego. No ale kto mógł wtedy przewidzieć degrengoladę SLD i samobójczy kierunek, jaki tej partii nada Napieralski?
Platforma była wtedy dla mnie partią skompromitowaną wypowiedziami Jana Marii Władysława Piotra Pawła Rokity o „przyjaciołach z PiS”. Rokity w Platformie jednak już nie ma, a o „koalicjantach z PiS” na poły otwarcie mówi z kolei kierownictwo SLD. Nadzieję dla lewicy widzę tylko w tym, że Napieralski też zrobi bydło w jakimś samolocie.
Mnie z 2006 najbardziej martwił zastój w budowie autostrad. W listopadzie rzuciłem na bloga relację z przyszłego placu budowy – wtedy pisałem, że z powodu zaniedbań ministra Polaczka, budowa może ruszyć „najwcześniej w 2009”.
Co za ironia: rzeczywiście ruszyła zgodnie z optymistycznym założeniem (28 września 2009). Głównie dzięki temu, że Polaczek przedterminowo stał się byłym ministrem. Teraz jedyne zmartwienie dotyczy tego, że kibice nie będą jej mieli na jakiś tam swój ukochany puchar ligi mundialu. Je m’en fous.
Z mojego punktu widzenia Tusk jest politykiem, który przejdzie do historii jako ten, który zastał polskie autostrady jako kilka niepowiązanych ze sobą kresek na mapie, a zostawił sieć, w której A4 krzyżuje się z A8 i A1, a ta znowu krzyżuje się z A2.
Wszystkie te skrzyżowania to dorobek PO (szerzej objaśniam to w tej notce). Planowana sieć autostrad w Polsce to ok. 2000 kilometrów – z tego prawie 800 zostawi przyszłym pokoleniom obecny rząd (dokładnie: 327,7 km A1, 220,2 A2, 223,7 A4 i 26,8 A8; dane za serwisem nowedrogi.pl).
Czasem spotykam się z pytaniem: czy miałbym inne zdanie o PiS, gdyby PiS też budował autostrady. Nie umiem na nie odpowiedzieć, bo dla mnie to pytanie z gatunku „jaki byłby wzór na objętość czworokątnego trójkąta”.
„PiS budujący autostrady” to wcielenie wizji „konserwatywnej modernizacji”, które snuli byli niektórzy prawicowi publicyści (chyba już im przeszło, stąd pluskwamperfekt). Ja o tych wizjach zawsze miałem opinię taką, jak o prawicowych publicystach: łoś-łoś, fiksum-dyrdum, sztuczna mgła w Smoleńsku.
Modernizacja idzie w pakiecie. Nie można wziąć z niej tylko autostrad, zachowując jednocześnie prawa kobiet czy gejów na poziomie pasującym do rustykalnego pejzażu z kurną chatą, wozem drabiniastym i bosonogim pastuszkiem.
Platforma wybrała modernizację, a więc zjeżdża w lewo. Co prędzej czy później wyautuje Gowina i Niesiołowskiego. Oby jak najprędzej.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz