Przenieśmy stolicę do Krakowa

W stosie poczty, która na mnie czekała po urlopie, był biuletyn Instytutu Wiedzy o Człowieku, a w nim – esej Thomasa Schmida z „Die Welt”. Jest dostępny online, ale z tych wszystkich strumieni docierających do mnie informacji ciągle łatwiej się przebić tym, które ktoś wydrukował na papierze.
Schmid odcina się od lamentacji dziennikarzy prasy papierowej przedstawiając swoją wizję dziennikarstwa, które przetrwa. Główny problem mediów widzi paradoksalnie w tym, że są zbyt aktualne. Nie w sensie „pogoni za newsem” tylko „absurdalnej idei, że polityka dzieje się tylko teraz”.
Polityka ma według Schmida dwie warstwy – bieżących wydarzeń i fundamentalnych interesów. Ilustruje to na przykładzie rządzącej Niemcami koalicji liberalno-konserwatywnej.
Na poziomie fundamentalnych interesów jest korzystna dla obu partii (nie znam się na tyle, żeby mieć własne zdanie w tej sprawie – relacjonuję tezę Schmida). Jednocześnie jak to w koalicji, obie próbują jak najwięcej ugrać dla siebie, więc przez pierwsze miesiące działało to zgrzytliwie.
W połączeniu z drugą wadą dziennikarzy, jakim jest to, że zawsze łatwiej opisywać wiadomości złe niż dobre, zaowocowało to serią tekstów o tym, jaka ta koalicja niedobrana i że już jutro, najdalej za tydzień, rząd upadnie.
„Każda pchła rosła do rozmiarów słonia”, każda sprzeczka do rozpadu koalicji. Gdyby wyobrażać sobie niemiecką politykę tylko z gazet, Angeli Merkel już nie powinno być. A jest. Dziennikarze zrobili więc z siebie po raz kolejny idiotów.
Jest jeszcze jedna, głębsza warstwa rzeczywistości społeczno politycznej: są nią dalekofalowe procesy historyczne, wykraczające swoim horyzontem czasowym nie tylko poza jedną kadencję, ale nawet poza jedną formację ustrojową. Schmid daje przykład Włoch, w których konflikt między północą a południem zawsze będzie ważniejszy od „baletu, jaki przed naszymi oczami odtańczą Fini, Bossi, Casini, D’Alema i Bersani”.
Dziennikarze znów nie lubią pisać o takich tematach, bo w gazecie zawsze są tematy, które nie mogą czekać – i tematy ponadczasowe. Napisanie czegoś ponadczasowego to przekleństwo, bo zawsze potem jest tak, że na kolegium to odłożą na przyszły tydzień, bo to ponadczasowe.
Schmid twierdzi, że to fundamentalna pomyłka, bo czytelnicy najbardziej sobie cenią właśnie takie teksty. Media, próbując się przelicytować w aktualności, produkują tymczasem coraz więcej właśnie tego, czego czytelnicy nie chcą – czyli tego, co czasem kpiarsko nazywam „komentarzem do komentarza”. A coraz mniej dają im tego, za co czytelnicy najprędzej będą skłonni zapłacić.
Zgadzam się z tezami Schmida tak bardzo, że liczę się z ryzykiem, że wyczytałem w tym tekście to, co chciałem wyczytać – dlatego zapraszam do zapoznania się z podlinkowanym oryginałem i ewentualne skrytykowanie moich nadinterpretacji. Ja też na przykład gdy widzę w gazecie historyczny tekst Piotra Osęki – zaczynam od niego, a nie od politycznych aktualności z pierwszej strony.
Gdyby spróbować spojrzeć w ten sposób na Polskę to przypuszczam, że naszym odpowiednikiem włoskiego konfliktu północ/południe jest wielka migracja ze wsi do miast, która trwa już od stu parudziesięciu lat. To jest podskórne tło wielu zjawisk – osi PiS/PO, internetowych flejmów o „słoikach” czy słynnego wybuchu prof. Mielczarskiego.
To było bardzo charakterystyczne, że gdy przeciwnikowi energetyki jądrowej skończyły się merytoryczne argumenty, odpalił Vergeltungswaffe, które w jego przekonaniu mogło te argumenty zastąpić: „kto panu dał tytuł, wieśniakowi jednemu”. I tak jak we Włoszech różne wydarzenia polityczne nagle ponownie odtwarzają zasięg inwazji Longobardów z VI wieku, tak samo u nas takie spory nagle pokazują oś sięgającą jeszcze powstania styczniowego.
Może polskie media też więcej powinny pokazywać na tle takich właśnie osi, zamiast na tle zjawisk dużo jednak młodszych, typu komuna/antykomuna?
Według Schmida jednym ze źródeł niemieckiego upadku prasy papierowej okazały się przenosiny stolicy do Berlina. W RFN dziennikarze siedzieli w Hamburgu czy innym Frankfurcie a rząd w Bonn. Do rzadkości należała więc towarzyska komitywa między politykiem a komentującym poczynania polityka.
Teraz wszyscy siedzą w Berlinie, ale dopiero Gerhard Schroeder zburzył „firewall” między prasą a polityką – twierdzi Schmid. Schroeder dbał o nawiązywaanie towarzyskich relacji z prasą i wielu dziennikarzy uległo pokusie tulenia się do „samca alfa”. Może więc receptę na uratowanie polskiej prasy papierowej podali Grzegorz Turnau i Andrzej Sikorowski: niech ktoś się przeniesie do Krakowa, albo my albo politycy, wszystko jedno, im dalej od nich będę mieszkał, tym lepiej…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz