W obronie Grabarczyka

Nie mogę na tym blogu nie skomentować kolejnego – ostatniego już chyba w tej kadencji – wniosku o odwołanie ministra Grabarczyka. Zacznę od zastrzeżenia, że w sprawie kolei otwarcie przyznaję się do swojej niekompetencji.
Korzystam na tyle rzadko, że nie mam zdania. Ale korzystam rzadko właśnie dlatego, że od kiedy sięgnę pamięcią – a pamiętam premierę pierwszych „Gwiezdnych wojen” – z polskimi pociągami jest źle.
Nie dam się więc przekonać, że Grabarczyk polskiej kolei zaszkodził. Zgodzę się, że jej nie naprawił, tak jak jego poprzednicy.
No ale to znaczy, że gdybyśmy układali jakiś ranking ministrów infrastruktury od 1989 roku, wszyscy za kolejnictwo powinni dostać tyle samo punktów. Niech to będzie zero, niech to będzie minus sto, wszystko jedno. Wszyscy nie naprawili w jednakowym stopniu.
Taki ranking układała zresztą niedawno gazeta znana ze swojej miłości do PO: „Rzeczpospolita”. W artykule z 6 lutego 2011 wyszło im, że najlepszym ministrem infrastruktury od 1989 był właśnie Grabarczyk. Jerzy Polaczek znalazł się na piątym miejscu. Wyprzedził go nawet Syryjczyk, który jeszcze nawet nie śnił o unijnych funduszach!
Jak pokazuję to w niedawnej notce o historii budowy AOW, wąskim gardłem w polskich inwestycjach drogowych przez wiele lat nie były pieniądze. Było nim najpierw przeforsowanie lokalizacji drogi przez sprzeciwy okolicznych mieszkańców, a potem wybór wykonawcy.
W demokratycznym państwie prawa jedno i drugie regulują surowe procedury. I dobrze że tak jest, nie chciałbym żyć ani w kraju, w którym autostradę buduje się bez gadania tam, gdzie rząd sobie zażyczył ani w kraju, w którym rząd po uważaniu wybiera sobie wykonawcę (choć oczywiście autorytaryzm w budowie autostrad bardzo pomaga, patrz: Chorwacja).
Do niedawna można odnieść wrażenie, że ludzie znający odpowiednie ustawy z reguły byli po stronie protestujących mieszkańców i odwołujących się firm, a ministerstwo infrastruktury zatrudniało jakichś radców prawnych od siedmiu boleści, którzy nie potrafili nawet przypilnować 30-dniowego terminu na odwołanie (patrz: AOW).
Ubocznym skutkiem była faktyczna bezkarność wykonawcy. Jak już urzędnicy przeszli całą drogę przez mękę od pierwszego unieważnienia decyzji lokalizacyjnej po ostatnie odwołanie od przetargu, nie chcieli do tego wracać. Wykonawca mógł się obijać i zażądać aneksu do umowy dającego mu dodatkowe dwa lata – i dostawał z reguły taki aneks na srebrnej tacy.
To się skończyło za Grabarczyka. Dopiero teraz jest tak, że wykonawca nie wyrabiający się w terminie, zamiast aneksu dostaje pożegnalnego kopniaka. Co oczywiście w mediach, znanych z rzetelności w pisaniu o budowie dróg, pojawia się pod nagłówkami typu „kolejny skandal”.
Najbardziej znanym z tych skandali jest pożegnanie z Chińczykami na A2. W standardowym medialnym przekazie to wyglądało mniej więcej tak, że Chińczycy zaproponowali szokująco niską cenę, więc polski rząd dał się nabrać.
Prawda jest taka, że ani dla Chińczyków ani dla Polaków te 50 km nie miało dużego znaczenia. Chińskie dwa odcinki wzięte do kupy to tylko kilka procent budowanych obecnie autostrad i ekspresówek (stan na 29 sierpnia: 1314 km).
W mediach pisano też o „chińskim dumpingu” tak, jakby oferty Chińczyków były jakoś szokująco tanie. W rzeczywistości konkurencyjne oferty były droższe o 20-40%. To nie są szokujące rozbieżności, proszę je porównać np. z przytoczonymi przed chwilą ofertami budowy mostu w ciągu AOW.
Ludzie, którzy to komentowali tak, że „ja ze szwagrem bym się domyślił, że to jakiś przekręt” zapominają, że o wyborze wykonawcy nie decyduje szwagier, tylko prawo o zamówieniach publicznych. Gdyby Grabarczyk zrobił to tak, jak sugeruje to teraz opozycja – czyli odrzucił ofertę Chińczyków, bo była od początku podejrzana – Chińczycy wnieśliby odwołanie. Które sąd by prawdopodobnie uwzględnił. I co wtedy?
I wtedy mielibyśmy to, co Polaczek zrobił na odcinku A1 Grudządz-Toruń: wielomiesięczną przepychanką sądową, zakończona przegraną ministra. I autostradę opóźnioną o dwa lata.
Zamiast tego lepiej było pozwolić Chińczykom budować, ale wyrzucić ich pod pierwszym pretekstem. To był kontrakt typu „zaprojektuj i zbuduj”, więc przy okazji prace projektowe dostaliśmy gratis.
Wiadomo było, że Chińczycy się odwołają, ale tym razem nie było to jedno z tych ciągnących się miesiącami odwołań, które dotąd paraliżowały drogowe inwestycje w Polsce. W ciągu paru dni Chińczyków spotkała błyskawiczna blacha w czoło z Krajowej Izby Odwoławczej: nie macie interesu prawnego, błąd formalny, życzymy miłego dnia.
Po raz pierwszy w dziejach budowy dróg w 3RP, to rząd miał lepszych prawników. Za Grabarczyka skończył się impossybilizm prawny, który paraliżował budowę dróg w latach 1989-2008. Teraz wąskim gardłem są już tylko pieniądze, co media komentują bezmyślnym jojczeniem „zabiorom, zabiorom”, bo już nikt nie pamięta jak koszmarnie było przed 2008, kiedy pieniądze były, ale nie można ich było wydać, bo np. urzędnicy nie potrafili przejąć działek na czas.
Można powiedzieć, że Grabarczykowi jest łatwiej, bo z odpowiednich ustaw usunięto największe absurdy. No tak, ale to przecież także jego zasługa. Ta sama „Rzeczpospolita” zrobiła z kolei ranking ministrów, którzy najwięcej projektów przeprowadzili przez Sejm. Grabarczyk zajął drugie miejsce ex aequo z Ćwiąkalskim.
Po prostu dla tej koalicji infrastruktura wreszcie jest tematem dość ważnym, żeby przeprowadzić przez Sejm odpowiednie ustawy. Przedtem posłowie woleli tracić czas na duperele takie, jak ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej, a więc nie mieli go na kolej czy autostrady.
Moją ulubioną postacią w polskiej polityce jest bezimienny prawnik, który obmyślił i skutecznie przeprowadził operację błyskawicznego wykolegowania Chińczyków. Cieszę się, że tacy ludzie stoją teraz na straży pieniędzy podatników.
Za Grabarczykiem nie przepadam, bo ja w ogóle nie lubię polskich polityków. Nawet tych, na których głosuję. Ale martwię się, że gdyby Grabarczyk odszedł, ten prawnik odejdzie razem z nim. I wróci ta lebiega, która nie potrafiła dopilnować miesięcznego terminu na odwołanie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz