Kompromis inkwizycyjny

Po wczorajszym posiedzeniu Sejmu znowu z kategorii „wyborców PO” przeszedłem do grupy „wyborców niezdecydowanych”. Mieliśmy dwa głosowania związane z aborcją. W obu klub PO obowiązywała dyscyplina.
Projekt kierujący nas w stronę Europy Platforma odrzuciła niemalże jednogłośnie. Wyjątkiem jest odważne lewe skrzydło w postaci posła Arłukowicza, który heroicznie się wstrzymał. Ho ho, odważniacha z pana posła.
Projekt kierujący nas w stronę katotalibanu poparło 15 posłów Platformy. W tym jeden kandydujący z mojego okręgu, więc znowu nie wiem, na kogo głosować.
Nawet jeśli postawię krzyżyk przy kimś sensownym, to i tak mój głos pośrednio przyczyni się do reelekcji człowieka, który uważa, że prawo powinno zmusić do porodu nawet zgwałconą 13-latkę. Nawet jeśli do lokalu wyborczego pójdę z „Wir fahren fahren fahren auf der Autobahn” w słuchawkach, to nie wiem, czy wystarczy mi sił do zagłosowania na PO.
Odwaga posła Arłukowicza, który się wstrzymał – i determinacja skrzydła moherowego, które poparło projekt tak upiorny, przypomniała mi moje polityczne traumy z lat 90. Unia Demokratyczna też miała lewe skrzydło, w którym część laickiego elektoratu też wiązała swoje nadzieje.
To będzie dla mnie największa polityczna zagadka 3RP: dlaczego w tym lewym skrzydle zabrakło lidera-wizjonera, który przewidziałby przyszłość i powiedział: słuchajcie, nasza partia będzie ewoluować w prawo, większość z nas w końcu powyrzucają na kolejnych wirażach w prawo.
A ci, którzy będą siedzieć cicho i akceptować kolejne, he he, kompromisy, dotrwają do gorzkiego końca, kiedy zostanie z nas ostatni pipszczytek, który do Sejmu wejdzie tylko dzięki litości SLD.
Zamiast czekać aż nas wyrzucą, aż z nas zostanie tylko jakiś smętny ogryzek – odejdźmy teraz, bo jeszcze trwają lata 90., nasze solidarnościowe biografie nie trącą tak bardzo naftaliną. Jeszcze możemy zawalczyć o polityczną samodzielność, w następnym stuleciu już będzie za późno.
Nie jestem zawodowym politykiem, ale od początku wiedziałem, że to się tak skończy. Lewe skrzydło Unii i tak będzie musiało się usamodzielnić i wtedy wreszcie będę miał na co głosować. Choć przyznam, że żałosność ugrupowania „demokraci.pl” przelicytowała nawet mój tradycyjny pesymizm.
Za to prawe skrzydło Unii – o, to zawsze było silne, zwarte i zdeterminowane. Najpierw dostaliśmy (w dużym stopniu dzięki niemu) „kompromis” aborcyjny, potem „kompromis” konstytucyjny, potem „kompromis” konkordatowy.
Gdyby zażądali tego biskupi, pewnie nawet prawe skrzydło Unii wypracowałoby jakiś „kompromis inkwizycyjny”. Powiedzmy, palenie czarownic na stosie – tak, ale nie między dwudziestą drugą a szóstą rano, bo czarownice się za bardzo wydzierają.
Smutny i cienki dowcip, zgoda. Ale czy to tak dalekie od postulatu prawnego zmuszenia zgwałconej 13-latki do porodu, który popiera kandydat Platformy z mojego okręgu?
Jedyne co sprawia, że ciągle jeszcze jestem wyborcą niezdecydowanym, a nie zdeklarowanym wyborcą SLD, to uparta działalność jednego człowieka. Akurat w dniu tego przerażającego głosowania, Napieralski zmusił córki do wzięcia udziału w idiotycznej ustawce.
Przerażenie, które widać na twarzy 4-letniej Oli, to nie jest tylko kwestia wybrania jednej niesprzyjającej fotografii przez media wrogie Napieralskiemu. W całej fotorelacji widać, że dziewczynka się, łagodnie mówiąc, źle bawi.
Wzięła mnie oczywiście jasna cholera. Nie powienienem pisać na swoim blogu o rodzicach instrumentalnie traktujących swoje dzieci, bo odpalają mi wtedy jakieś frojdyzmy i używam słów powszechnie uważanych i wyczerpujących znamiona. Nie przeleję więc na bloga słów, które wygłosiłem pod adresem Napieralskiego w zaciszu prywatności.
No i co ja mam zrobić jako wyborca? Potrafię bardzo dobrze uzasadnić powody, dla których nie chcę głosować na żadną z liczących się partii. Ale od wczoraj rozpaczliwie szukam śladu powodu, by na jakąś zagłosować. Z całym szacunkiem dla Kraftwerku, „Autobahn” mi przestaje wystarczać.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz