Jednak idę

W końcu podjąłem wyborczą decyzję. Wiadomo jaką. I nie chodzi nawet tylko o autostrady, większy wpływ miała na mnie wspomniana książka o latach 30.
Świat prawdopodobnie wchodzi w największy globalny kryzys gospodarczy od 1929 roku. To nie jest chwila na wyborczą postawę typu „na złość babci odmrożę uszy”.
To nie jest też chwila na bagatelizowanie groźby powrotu Kaczyńskiego do władzy. W czasach prosperity – proszę bardzo, niech bawi nas kolejny odcinek kabaretu o IV RP. Ale w czasach kryzysu potrzebujemy przywódców, którzy rozumieją jak działa nowoczesne państwo.
Niedawne wypowiedzi Kaczyńskiego o autostradach pokazują niezrozumienie prawa o zamówieniach publicznych (i innych ustaw, ale tej szczególnie jaskrawo). Groteskową wypowiedź w wywiadzie dla onetu przeanalizowałem w osobnej notce, inne analizowali komentatorzy pod notką poprzednią.
To mnie w Kaczyńskim przeraża znacznie bardziej od jego tendencji autokratycznych – nie rozumiejąc tych mechanizmów, doprowadzi do sytuacji, w której rząd nawet mając nadwyżki, nie będzie ich umiał wydać (to historia budowy dróg w IV RP w pigułce).
Rządy Kaczyńskiego oznaczają przede wszystkim polityczną niestabilność. Kto ma krótką pamięć, niech sprawdzi w Wikipedii hasło „Rząd Jarosława Kaczyńskiego” i porówna składy „w dniu zaprzysiężenia” i „w dniu dymisji” (oraz zwróci uwagę na punkty „kryzys 2006” i „kryzys 2007” – i brak takich punktów w haśle „Rząd Donalda Tuska”).
Gdy PiS wygrał wybory, najpierw bracia Kaczyńscy za idealnego kandydata premiera uważali Kazimierza Marcinkiewicza. Wychwalali jego cnoty i talenta liczne, a potem #nahle Marcinkiewicz znalazł się poza rządem (14 lipca 2006), a potem poza PiS (2 września 2007).
Rząd Kaczyńskiego miał trzech wicepremierów. Z tego grona ANI JEDEN nie dotrwał do końca rządu. Który to koniec nastąpił w 16 miesięcy po zaprzysiężeniu zresztą, co doprowadziło do przedterminowych wyborów.
Można powiedzieć, że w dwóch przypadkach (Roman Giertych i Andrzej Lepper) to był skutek nieudanej koalicji. Ale jak Kaczyński rządziłby teraz? Przecież też w koalicji, więc znowu byśmy mieli cyrki z ministrami podsłuchującymi ministrów.
Trudniej jednak wytłumaczyć, dlaczego trzeci wicepremier wyleciał jeszcze przed upadkiem całego rządu. To Ludwik Dorn, który wicepremierem przestał być po 9 miesiącach (27 kwietnia 2007). Potem (październik 2008) wyrzucono go także z PiS. Teraz wrócił do łask Prezesa, ale na jak długo?
Następca Dorna na stanowisku ministra spraw wewnętrznych cieszył się swoim fotelem jeszcze krócej, bo równe pół roku – od 8 lutego do 8 sierpnia 2007 (skąd data inne niż powyżej? przez półtora miesiąca Dorn już nie był ministrem, ale jeszcze był wicepremierem „bez teki”).
To Janusz Kaczmarek, który w ciągu pół roku z osoby kierującej MSW zdążył awansować na osobę aresztowaną przez ABW. Ostatnie miesiące IV RP to już czysty Mrożek.
Trudno wyjaśnić tę karuzelę stanowisk czymś innym niż tym, że Jarosław Kaczyński po prostu tak ma. Ktoś może być dla niego w poniedziałek świetnym kandydatem na ministra, we wtorek człowiekiem bez honoru, w środę znowu świetnym kandydatem na ministra, w czwartek aresztowanym, a w piątek wielkim polskim patriotą.
Znowu: takie cyrki mogą być nieszkodliwe w czasach prosperity. Ale w kryzysie skutki mogą być straszne.
Z tego samego powodu wykluczam happening wyborczy z głosowaniem na Palikota. W moim okręgu z Ruchu Palikota wejdzie zapewne lider listy, podwarszawski biznesmen Artur Dębski. No jakoś nie budzi mojego zaufania.
Ale nie budzi też mojego zaufania liderka listy SLD, Katarzyna Piekarska. Piekarska należy do mojego pokolenia, ale kiedy ja stawiałem pierwsze kroki na rynku pracy w 1993, ona została posłanką i na zawsze oddaliła się od życia drobnych ziutków takich jak ja. Wolę polityków, którzy się zajmowali w życiu czymś jeszcze, nie tylko polityką.
Na obwarzankowej liście PO znalazłem Barbarę Czaplicką, która jest: primo, kobietą; secundo, z lewego skrzydła; tertio, przez wiele lat pracowała jako lekarka, w 3RP kierowała niepubliczną placówką. Wolałbym oczywiście głosować na prawdziwą lewicę, ale co począć, nie dowieźli.
W obwarzanku jest 12 mandatów. W poprzednich wyborach było 11. PO dostała 5, PiS 4, PSL 1, LiD 1 (wśród 19.034 głosów Marka Balickiego był jeden mój). Odpowiednie procenty to: PO 45,2% PiS 35,1%, PSL 8,1%, LiD 7,8%.
W tych wyborach trzy partie z dołu tabeli prawdopodobnie wezmą po jednym mandacie – typuję, że żadnej nie pójdzie aż tak dobrze, żeby wziąć dwa ani tak źle, żeby nie wziąć w ogóle nic (choć na miejscu Piekarskiej już szukałbym pracy, tak na wszelki wypad).
Wygląda na to, że w moim okręgu PO i PiS znowu podzielą się mandatami w stosunku 5:4. Zadecyduje dowolnie mała przewaga, choćby jednego głosu. U was może być inaczej, drodzy komentatorzy, ale ja idę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz