Laptop dla licealisty

Some rights reserved by Emerson Alecrim

Komcionauta MRW zadał ostatnio pytanie o laptopa dla licealisty oburzonego na to, że jego jareccy wyskakują z kasy tylko na osiem paczek miesięcznie za Kuronia, zamiast na pięć kafli za Gucci School of Warsaw.
Śpieszę z wyśmienitą sugestią laptopa dla licealisty o średniozamożnych rodzicach. To Alienware M11x, low-endowy przedstawiciel high-endowego brandu, który wchodzi właśnie na polski rynek.
Jako hardkorowy makówkarz podchodziłem do niego jak pies do jeża – uważnie obwąchując i szukając słabych punktów. Gwoli obiektywizmu opis zacznę od mocnych punktów. Otóż mocnym punktem Alienware jest moc.
Standardowy test grafiki w Counter-Strike Source podał średnią wartość 119,75 fps. Najniższa jaką zauważyłem to 60 z hakiem, często przekraczał podczas testu 200.
Spuszczę zasłonę miłosierdzia na osiągi mojego Macbooka Pro. Wprawdzie to nie jest najnowszy model, tylko ten poprzedni, ale jednak to piętnastocalowy klocek o katologowej cenie dwukrotnie wyższej od M11x. Strach pomyśleć, jakie osiągi ma alienowa piętnastka o podobnej cenie.
Wniosek jest oczywisty: jeśli dla kogoś giercowanie jest priorytetem (a co ma być priorytetem dla licealisty?), z laptopów liczy się tylko Alienware. Lansować się per „patrzcie, jaki ja jestem Free Software Open Source Creative Commons (TM)” można przecież na wszystkim.
Nieźle wygląda też kwestia pracy na baterii. Znane mi pecetowe laptopy zwykle pod tym względem obsysają straszliwie. Z Alienem nie jest źle, spokojnie wyciągał prawie 4 godziny.
Na wspomnianym Macbooku wyciągam 8 godzin. Osiągam to jednak jednak używając sztuczek typu przyciemnienie wyświetlacza, wyłącznie podświetlania klawiatury i przełączenie grafiki z trybu giercowniczego na oszczędnościowy.
Na Maku takie rzeczy się robi jednym guziczkiem na klawiaturze, w ostateczności wybierając opcję z menu „energy saver” – na pececie, jak zwykle, Odwieczna Tajemnica Bytu. Pewnie trzeba kliknąć na menu „start”, potem na „stop”, potem na „zasoby”, potem na „zdziwko!”, potem na „tutaj to schowaliśmy, haha”. Nie miałem zdrowia, więc te 4h Aliena to wynik bez oszczędzania. Niezły nawet na standardy applowskie.
No dobrze, to tyle o zaletach. Możemy się już skupić na wadach (hura!). Zacznę od wady, która uświadomiła mi zaletę Macbooka, o której dotąd nawet nie wiedziałem.
Touchpad w Macbooku ma wbudowane zabezpieczenie przed przypadkowym muśnięciem. Ile to trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto się przesiądzie.
Przypadkowe muśnięcie touchpada Alienware interpretuje jako kliknięcie. Co w grach objawia się tak: dyskretnie infiltrujesz bazę wroga. Widzisz nieprzyjaciela na warcie. Żeby niepostrzeżenie przejść za jego plecami, naciskasz C albo X, standardowe klawisze, którymi w grach robi się skradanie.
I nagle ciszę przerywa JEBUDU! Tak jest, naciskając klawisze z najniższego rzędu, niechcący musnąłeś dłonią touchpada. Macbook by to zignorował, Alienware traktuje jak strzał. Alarm w całej bazie, mission failed. To ja już wolę mniej efpeesów, ale bez takich przygód.
Co do dizajnu, Alienware M11x jest mały (jedenaście cali!), ale nieprzyjemnie pękaty. Apple tak grube laptopy produkowało w czasach białego iBooka, 2001-2003. A jakoś potrafiło zmieścić stację DVD, które w M11x nie ma (a więc: albo gramy tylko w to, co tatuś nam kupił na Steamie, albo podłączamy następną cegłówkę po USB).
W ciemnym pomieszczeniu Alienware świeci jak choinka. To zapewne ładnie wygląda, gdy się z tego puszcza muzykę na imprezie, ale przy graniu jest irytujące. Napis ALIENWARE cały czas wali w oczy i jeśli go można jakoś zgasić, to ja nigdy nie odgadłem, czym.
Ja mam w tym miejscu napis MacBook Pro – który się nie świeci. Świeci się tylko ekran (można przyciemnić F1) i klawiatura (którą można przyciemnić/zgasić). Znowu: gdy się gra w coś z gatunku „Penumbra” czy „Silent Hill”, lepiej mieć mniej efpeesów, ale nie mieć takiej choinki.
Bawiłem się nim zbyt krótko, żeby zadać mu jakieś obrażenia, ale plastikowy dizajn nie budzi we mnie zaufania. To jednak nie jest Macbook Unibody, który może zlecieć na beton i dalej działać (z lekkim wgięciem na obudowie).
Ponarzekałem, ponarzekałem – ale muszę przyznać, że M11x to świetny laptop dla mobilnego gracza. Choćby właśnie licealisty, który będzie puszczał muzykę na obowiązkowym afterparty po manifie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz