Prezydent i expose premiera

Prezydent Bronisław Komorowski udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”, a w nim zaproponował, by w przyszłym roku 11 listopada „razem z ludźmi i od „pana Romana”, i od Piłsudskiego – mimo różnych ocen historii i różnych wrażliwości – złożyć kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego i Dmowskiego, Witosa i Paderewskiego”.
Jako osoba, która okres idealistycznej młodości spędziła na próbie odtworzenia w III RP tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej, oczywiście aż podskoczyłem rażony brakiem w tej wyliczance jednego nazwiska. Nie sądzę, żeby pominięcie było przypadkowe.
Nie jestem ani „od Piłsudskiego” ani „od pana Romana”. Jestem od towarzysza Ignacego Daszyńskiego, którego wkład w odzyskanie i obronienie niepodległości Polski w latach 1918-1921 jest kolosalny, a jednak prezydent uznał za stosowne go pominąć.
No i dobrze, no i na zdrowie. Niech cała polska prawica jednoczy się od Piłsudskiego po Paderewskiego, zostawiwszy lewicy jej tradycję i jej hasła. Może ktoś się po tę tradycję schyli i ją podniesie, to będę mógł w 2015 wreszcie zagłosować bez obrzydzenia.
Z punktu widzenia naszej tradycji niepodległość zaczęła się przecież 7 listopada, gdy z inicjatywy ugrupowań centrolewicowych stworzono Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, w którym Daszyński był premierem. Daszyński reprezentował w nim galicyjską Polską Partię Socyalno-Demokratyczną, która dopiero w niepodległej Polsce zjednoczy się z PPS (wnosząc w wianie superfajoskie logo).
W porównaniu z doniosłością tego wydarzenia, świętowanie rocznicy przekazania Piłsudskiemu pełnomocnictw przez Radę Regencyjną, jest absurdem – pośrednio uwiarygadniającym marionetkową instytucję stworzoną przez zaborców. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego prawica świętuje akurat coś takiego – no ale ganiania po lesie z dwururką też nie zrozumiem.
Bliskie mi są do dziś słowa z „expose” Daszyńskiego (tak naprawdę z przemówienia do tłumu zgromadzonego na placu Litewskim w Lublinie). Fragmenty wklepuję z wyboru tekstów (pod red. Jerzego Myślińskiego, Czytelnik 1986). Posłuchajcie zresztą sami:

Polska musi być ludową lub upadnie; kto chce polski silnej, ten podda się ludowi polskiemu. Szlacheckie czy kapitalistyczne rządy w Polsce są niemożliwe, a próba ich utworzenia wywołać musi wojnę domową (…)
Robotnik nie może pozostawać ofiarą wyzysku kapitalistycznego. Kopalnie, koleje, wielkie lasy i wielkie zakłady przemysłowe muszą stać się własnością narodu. Wszędzie musi być zaprowadzony ośmiogodzinny dzień pracy i rząd opracowuje już odpowiednik projekt prawa. Robotnicy muszą być dopuszczeni do udziału w zarządzie i kontroli przedsiębiorstw przemysłowych. Klasa robotnicza winna sama myśleć o tym, by z czasem była zdolną do objęcia całkowicie zarządu przemysłu w swoje ręce (…)
Zadaniem rządu będzie zaprowadzenie powszechnego, świeckiego i bezpłatnego nauczania. Oświata w szkołach wszelkiego typu, na wszelkich szczeblach musi być dostępna dla wszystkich.


Od wygłoszenia tych słów minęły 93 lata (i pół miesiąca). A nadal przydałby się rząd, który „opracuje odpowiedni projekt prawa” gwarantujący ochronę czasu pracy naprawdę wszystkim, także kasjerce w hipermarkecie i kelnerowi na śmieciowej umowie.
Powszechna, świecka i bezpłatna oświata na wszystkich szczeblach? Też fajny pomysł, aż dziwne, że go jeszcze nie wprowadzili.
Tyle się mówi o konieczności stworzenia jakiegoś think-tanku, który wymyśli lewicowy program. A przecież wystarczy na początek zajrzeć do dorobku PPS. Panie Miller, panie Sierakowski, odłóżcie chociaż na chwilę te Żiżki ze Sloterdijkami i przypomnijcie sobie, jak wyglądała prawdziwa lewica.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz