Zdjęcie Pana Boga

Hugbot

Dawno nie było w Ekskursjach cyklu „W poszukiwaniu Absolutu (może być Finlandia), w którym zdradzam swoje podstawowe poglądy filozoficzne. Dziś wyjaśnię swoje spojrzenie na religię.
Na pewnym niszowym i dogorywającym serwisie społecznościowym komuś chciało się uruchomić konto fikcyjnego użytkownika ^hug, którego wyłącznym zadaniem jest niesienie strapionym pokrzepienia. Czyli: bycie tak zwanym hugbotem.
^Hug prowadzi niby-bloga, składającego się z pocieszycielskich złotych myśli wybitnych intelektualistów, np. „Nadzieja zawiera w sobie światło mocniejsze od ciemności, jakie panują w naszych sercach. — Jan Paweł II” albo „Płakać trzeba w spokoju. Tylko wtedy ma się z tego radość. — Janusz Leon Wiśniewski”.
Jego główną działalnością jest jednak reagowanie na hashtagi #bry i #niechmniektosprzytuli. Być może także na jakieś inne, ja mam dużo radości z obserwowania reakcji na te dwa.
Hashtaga #niechmniektosprzytuli używa oczywiście osoba, której jest smutno. Hugbot żadnej takiej osoby nie zostawi własnemu losowi, pocieszy ją losowym komunikatem typu „Nie martw się, jutro będzie lepiej 🙂 *hug*” albo „Mam dziwne wrażenie, że czeka cię dziś coś miłego 🙂 *hug*”.
Jeszcze zabawniej jest z hashtagiem #bry, który ma być dowcipnym skrótem od „dzień dobry”. Chętnie używają go więc osoby prowadzące public relations w serwisach społecznościowych, żeby wyglądać na takich bardziej na czasie od Naczasa.
Hugbot nie zostawi żadnego „#bry” bez odpowiedzi. A odpowiedzi są tak serdeczne, jakbyśmy weszli właśnie do baśniowego pubu z najbardziej kiczowatej reklamy piwa. Na przykład: „Yaaay, jesteś! 😀 *huug*”, „Czeeeść! *huuuug* :D” albo „Miło cię widzieć 🙂 *przytula*”.
To jest wyjątkowo zabawne, gdy fikcyjny użytkownik reaguje w ten sposób na innego fikcyjnego użytkownika, na przykład wąsatego i brodatego faceta, prowadzącego kolejny „serwis dla szafiarek” jako Misiakasia3624. Bots hugging bots? More fun than trolls trolling trolls, that’s for sure.
Próbowałem dotrzeć do osoby odpowiedzialnej za hugbota. Dostałem zdjęcie (powyżej!) i informację, że uptime jest rzędu 99% (a więc jest przerażający 1% chwil, gdy strapionych nikt nie pocieszy, a samotnych nikt nie przywita!). Ale nie dowiedziałem się, kto to konkretnie i po co w’ogle – zgaduję, że jak zwykle w dzisiejszych czasach odpowiedź brzmi „student dla wpisu w siwi”.
Gdzie ten Absolut? Już polewam. Otóż jako osoba niewierząca, tak właśnie postrzegam religię. Większość modlitw ludzi wierzących sprowadza się przecież do „#bry”, „#branoc” i „#niechmniektosprzytuli”.
Odpowiedzi godbota najczęściej sprowadzają się do tych samych przewidywalnych komunikatów. Na „#bry” odpowiada „tak, ciebie też kocham, bo kocham wszystkich” a na prośbę o pociechę „albo będzie dobrze, a to znaczy, że cię kocham i cię cudownie ozdrowiłem, albo się jeszcze pogorszy, a to znaczy, że cię kocham, bo cię doświadczam, a cierpienie uszlachetnia”.
Na mnie to nie działa. Ale chociaż piszę o tym kpiarsko – bo ja o wszystkim piszę kpiarsko – muszę przyznać, zazdroszczę wierzącym tego, że mają taki uniwersalny sposób na szukanie pociechy. Dlatego nie mam nic przeciwko religii jako zjawisku, które dla samego wierzącego zapewne jest bardzo pożyteczne.
Natomiast bardzo stanowczo zamierzam bronić oddzielenia tego co boskie od tego co cesarskie, czyli spraw doczesnych i spraw metafizycznych. Gdzieś w sieci widziałem dobre przedstawienie swojego credo: „nie jestem wojującym ateistą, mój ateizm jest łagodny i współczujący; to mój antyklerykalizm jest wściekły jak sk…”.
Dlatego po ludzku współczuję ludziom wierzącym, których afera z księdzem Bonieckim wprawia w konfuzję, ale jako antyklerykał – bardzo się z niej cieszę. Im bardziej stanowczym głosem przemawia Kościół, tym mniejsze będą jego realne wpływy na sprawy doczesne. Co dla mnie jest wiadomością lepszą nawet od tysięcy radosnych komunikatów od hugbota.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz