Nie ma winnych

„Opera za trzy grosze” to satyra stworzona przez klasę średnią dla klasy średniej, w której klasa wyższa sparodiowana jest przez galerię postaci typowych dla klasy niższej. Bertolt Brecht nawiązał do tradycji żywej już we wczesnym XVIII wieku – nie wypada nam wprost kpić sobie z książąt i milionerów, do których należą nasze teatrzyki, ale od setek lat atakujemy ich parodią, kpiną i aluzją.
Całkowicie od czapy, lutowy ranking od czapy poświęcę moim ulubionym wykonaniom ballady o Mackie Majchrze. Ballada opowiada o londyńskim królu zbrodni, który – w odróżnieniu od rekina, demonstrującego zęby w zabójczym uśmiechu, nigdy nie ujawnia narzędzi zbrodni.
Tu jakis pożar w Soho, tam trup Jenny Towler, a gdzie indziej zwłoki Szmula Meyera. Kto jest sprawcą? Nie wiadomo. Dla odwiedzających weimarskie kabarety (albo londyńskie teatry wystawiające „Operę żebraczą” Johna Gaya dwa stulecia wcześniej), to była aluzja tak oczywista jak dla nas dzisiaj brak odpowiedzialności bankierów za kryzys.
Mój gust nieodwracalnie ukształtowany jest przez anglojęzyczną popkulturę, więc ranking zdominowany będzie przez angloamerykańskie wykonania. Towarzysz Brecht powinien mi to wybaczyć, on też przecież kochał Amerykę i przepłynął Atlantyk m.in. po to, aby tkankę macierzystą popkultury skontaminować marksistowskimi miazmatami, co mu się niewątpliwie udało.

Bobby Darin to mój idol z tak wielu powodów, że to materiał na osobną notkę. Urodził się w ubogiej rodzinie z Bronksu z wrodzoną wadą serca. Jako dziecko usłyszał, jak lekarz mówi matce, że chłopiec będzie miał szczęście, jeśli dożyje 16 lat. Dożył w końcu lat 37.
Parę lat przed śmiercią dowiedział się zresztą, że kobieta, którą brał za matkę, była jego babcią – a jego biologiczną matką była kobieta, którą uważał za starszą siostrą. Helluva biography.
Miał mało czasu, chciał wycisnąć z życia wszystko co się da. Postanowił młodo zostać gwiazdą rocka. Wczesne hity pozwoliły mu wywalczyć kreatywną kontrolę nad tym, co będzie jego kolejnym singlem – wbrew krawaciarzom, przeforsował właśnie „Mackie Majchra”, zdumiewający wybór dla gwiazdy rocka w 1959.
Hit stał się jego przekleństwem – na koncertach publiczność chciała słyszeć już tylko to. Darin często przedrzeźniał entuzjazm, z jaką publiczność witała pierwsze takty.
W wykonaniu, którego słucham najczęściej (ze składanki „Mob Hits”) udaje, że zapomniał tekstu i dodaje, że to „jakby Mojżesz zapomniał dziesięć przykazań”. Budzi tym tylko aplauz widowni, zgromadzonej – jak się domyślam – w hotelu w Las Vegas. Co jednocześnie wyjaśnia, dlaczego Ameryka odnalazła w tej piosence zapis swojej pokręconej duszy.

Dla mojego pokolenia („my, dzieci trójki”), szczególnie istotne było wykonanie Stinga ze składanki w hołdzie dla Kurta Weila, którą w 1985 roku wyprodukował Hal Willner. Swój egzemplarz kupiłem na winylu w ostatnich miesiącach słusznie minionego ustroju w ośrodku kultury NRD.
Takie były czasy, że się jechało przez pół miasta pod wpływem telefonicznego tipu od znajomego, że gdzieś „rzucili” atrakcyjną płytę…

Dziewięć lat po Willnerze podobna płyta powstała z inicjatywy Larry’ego Weinsteina. Znalazły się na niej dwa wykonania, Nicka Cave’a i oryginalne Berrrrrrtolta Brrrechta (podkrrrrrreślam „rrrr”, bo Brrrrrrecht miał akcent jak Rrrrrramstein). Poza kwestią tej jednej liter(r)ki, wykonanie Cave’a jest chyba najbliższe pierwotnemu.
Ale co ja poradzę, dla mnie najważniejszy jest jednak Bobby Darin. Który naprawdę nazywał się Cassotto, ale spodobał mu się uszkodzony neon chińskiej restauracji, zapraszającej na kaczkę po mandaryńsku. Czyli „Darin Duck”.
Wykonanie Kazika – tylko jako honorejbl menszyn. Mam nadzieję, że się nie pogniewa, sama wzmianka w towarzystwie takich trzech gigantów to już komplement.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz