Parówki.pl

Jak wiadomo bywalcom tego bloga, nie lubię istniejących polskich mediów internetowych. Brakuje mi medium, które byłoby z jednej strony „cyfrowo natywne” (bo internetowy serwis gazety codziennej to jednak nie to samo), a z drugiej nie było „głupie jak komentarz na onecie”, że zacytuję internetowe powiedzonko z czasów pierwszego zalewu portalozy.
Że to niemożliwe, bo reklama w internecie jest po prostu za tania, żeby utrzymać jakościowe dziennikarstwo, to niby zawsze wiedziałem, nawet #mamotymnotke, ale byłem skłonny Lisowi dać jakiś kredyt zaufania. Może on wie coś, czego ja nie wiem, może ma jakiś oryginalny pomysł na monetyzację, może ma jakieś ogromne pieniądze na rozruch, którymi przyćmi wszystkie portale na starcie?
Ogromnych pieniędzy raczej nie było (a jeśli były, to je strasznie zmarnowano). Po czym byśmy poznali ich obecność? Po tym, że przez pierwszy tydzień serwis bombardowałby nas ekskluziwami – materiałami, które nie byłyby pasywnym reagowaniem na tematy, o których piszą wszyscy („Oscary”, „sto dni rządu”), tylko odwrotnie, zmuszające wszystkich do reakcji.
Zmusić innych do rozmowy na temat swojego materiału serwisowi udało się tylko pierwszego dnia – kiedy cały Internet śmiał się z tekstu o tym, jakie pyszne i pożywne są parówki na stacjach benzynowych Orlenu. Późniejsze zapewnienia Tomasza Machały, że ten tekst nie był kryptoreklamą, mnie osobiście nie przekonały.
„Kusi wpatrywanie się w kojący, jednostajny ruch maszyny, która podgrzewa obracające się leniwie wokół własnej osi parówki” – tak nie pisze dziennikarz, tak pisze copywriter. Jeśli do tego mamy jeszcze reklamowe zdjęcia podpisane „Orlen / mat. prasowe”, ja już nie uwierzę, że ta bzdura przypadkowo stała się wiceotwarciem serwisu i przypadkowo towarzyszył jej tekst prezesa Orlenu.
O finansowych kulisach przedsięwzięcia ciekawie (i jak dla mnie, przekonująco), spekuluje Piotr Stasiak. Dopełnia to ujawniona przez Tomasza Machałę klikalność nowego serwisu: 115 tysięcy użytkowników dziennie.
To mało. Głębszą analizę tej liczby można odnaleźć np. w serwisie spidersweb, który ma większy ruch, mimo niszowej tematyki. (UPDATE: napisał do mnie maila wybitny specjalista od manadżingu portalingiem wyjaśniając, że źle zrozumiałem dane; na pewno ma rację, zostawiłem na pamiątkę błędu, zainteresowani niech to oleją i przeczytają tekst na Spidersweb uważniej niż ja).
W Polsce wiele niszowych serwisów technologicznych ma większy ruch od Natemat, a mimo to ich twórcy nie mają takiej folie de grandeur, żeby liczyć na to, że ukręcą z tego sprzedaż reklam, pozwalającą na zatrudnienie kilkunastoosobowej redakcji.
Natemat nie ukręci tym bardziej. I dlatego już widać, że tak jak inne portale, stawiają na kontent tworzony za darmo. Celebryta coś skrobnie od niechcenia, bo głupio mu będzie odmówić koledze. Bloger-grafoman da kontent z radością, bo pomasuje mu ego sąsiadowanie z celebrytą.
I super, tylko że dokładnie taki sam pomysł na stworzenie nowego medium miał Igor Janke. Paru zawodowców, którzy nie będą umieli odmówić Igorowi – i chmara naturszczyków, przywabionych tym, że mogą tu naubliżać Szczuce, Wrońskiemu i Węglarczykowi.
Pamiętacie jeszcze pierwszy skład ekipy „znanych kolegów Igora”? Szybko wymiękli. Ile wytrwają kumple Lisa i Machały?
Kontent tworzony przez blogerów za darmo często nie jest wart nawet pieniędzy, które za niego zapłacono. Naturszczycy obracają serwis w pośmiewisko, jak to spotkało serwis Jankego, pieszczotliwie zwany przez złośliwców Psychiatrykiem24.
Moim faworytem na razie jest bloger, który będzie Pisał O Nauce (capsem posługuje się on równie losowo, jak innymi dziwnymi znaczkami na klawiaturze, typu przecinek czy cudzysłów). On to wyprodukował fascynujący tekst naukoznawczy, którego zajawka pełna byków („Dlaczego w naszym kraju, niema noblisty z dziedziny Fizyki, Chemii, Biologii czy innej pokrewnej?”) waliła parę dni temu po oczach na głównej stronie serwisu.
Na fejsie krystalizuje się już powoli fandom niejakiego Brajana Płaski. Są też blogerzy nieaberracyjni, ale ci są z kolei nijacy, jak na przykład pan, który obiecuje „luźne refleksje o gospodarce widziane okiem finansisty z Nowego Jorku”, a zaprasza na reportaż z Apple Store. Co opisze jutro, „jak kupiłem kefir i dwie bułki w spożywczaku”?
No i niby wszyscy wiedzieliśmy, że to się tak skończy – ale jak widać po tym rozczarowaniu, we mnie jednak tliła się nadzieja na jakościowe media w internecie. Ech, nadzieja umiera ostatnia.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz