Twoja onieśmielona stara

Zachwycony manifestem poety Czerskiego bloger sporządził ekstrakt tego manifestu w 10 punktach, nazwawszy go „dekalogiem” (och!). Wśród punktów, które ów bloger uznał za szczególnie ważne jest też parę tych, które uważam za szczególnie głupie – więc się jednak blogoustosunkuję.
Weźmy absurdalny punkt 3: „Wychowani w sieci myślimy trochę inaczej. Umiejętność znajdowania informacji jest dla nas czymś równie podstawowym, jak dla was umiejętność odnalezienia w obcym mieście dworca albo poczty”.
Pomijając rozkoszną dwuznaczność stwierdzenia, że poeta Czerski i jego fandom „myślą inaczej”, charakterystyczne jest mylenie „wpisania zapytania do gugla” z „umiejętnością znajdowania informacji”.
Nie wszystko da się wyguglać. Stare dobre papierowe biblioteki ciągle jeszcze pełne są niezdigitalizowanej informacji. Część informacji krąży niespisana w obiegu ludowym.
Największą dumę jako dziennikarzowi sprawia mi dotarcie do tego, czego nie da się wyguglać. Żeby odkryć, że w Sierra Morena naprawdę jest góra nazywana przez ludność okoliczną „Los Hermanos” (do której Potocki dorobił legendę o braciach Zoto) – musiałem się przejechać w te góry i pogadać z tą ludnością.
Patologią „dzieci sieci” jest nieumiejętność korzystania z innych metod wyszukiwania informacji i ślepa wiara w to, co im wyskoczyło z gugla. To nie jest „umiejętność wyszukania informacji”, to jest „niezdolność krytycznej analizy źródła”.
Niedawno jeden z potomków spytał mnie, jak działa wzmaczniacz. Opisałem zasadę działania triody, ubarwiając anegdotą o problemach prawnych, które miał jej wynalazca (wynalazek był tak rewolucyjny, że oskarżono go o szarlatanerię i zamiast zarobić, miał z tego same kłopoty).
Zaciekawiony anegdotą potomek sięgnął po ajpoda i po chwili podejrzliwie powiedział, że nic o tym nie ma w wikipedii. Trochę się przestraszyłem (przy swojej pamięci do nazwisk kogoś, kto się nazywa Von Wald mogę przekręcić na De Foresta), ale spytałem, czy sprawdzał w wikipedii polskiej czy w angielskiej.
Okazało się, że w polskiej. Triumfalnie poprosiłem o porównanie z angielską – w której anegdota była. Uradowany z ocalenia autorytetu poradziłem potomkowi, żeby w ogóle unikał polskiej wikipedii, bo to szajs w porównaniu z angielską (do której też trzeba podchodzić nieufnie). Jest nadzieja, że nie wyrośnie na dzieciosiecio.
Poeta Czerski rozczula uderzając w pożółkłe pomysły cyberpunka z zeszłego stulecia pisząc „My nie korzystamy z sieci, my w niej i z nią żyjemy”. Ach, drodzy weterani, pamiętacie te spory o opowiadanie „CyberJoly Drim”?
Że ludzie się przez sieć mogą zakochać, to było fenomenalne odkrycie roku, powiedzmy, 1998. Fajnie, że poeta Czerski odkrywa to teraz na nowo, ale dalsza życiowa lekcja mówi, że tylko to, co w realu, się liczy naprawdę. To zresztą już jest w opowiadaniu Niny.
Jeśli dzieciosieci dziś mówią, że żyją „w sieci i nią”, to jest to samooszukiwanie, o czym świadczą różne warianty tego samego demotywatora, sprowadzającego się do „2000 znajomych na fejsie i nie mam gdzie iść na sylwestra”. Prawdziwe życie jest w realnym lajfie, tak teraz jak i 15 lat temu.
Szczególnie głupim fragmentem wydało mi się „Nie ma w nas tej wynikającej z onieśmielenia pokornej akceptacji, jaka cechowała naszych rodziców – przekonanych o nadzwyczajnej wadze spraw urzędowych i odświętnym charakterze interakcji z państwem”.
Nigdy nie było takiej akceptacji ani u mnie, ani u moich rodziców. Jestem dzieckiem studentów z 1968, więc spokojnie można założyć, że nad moją kołyską częściej padały słowa „prasa kłamie” niż „a kuku!”.
Jest rodzinna anegdota o moim pierwszym wystąpieniu w roli krytyka mass mediów. Widząc telewizyjną debatę publicystów miałem powiedzieć „pepsią i pepsią”.
Oczywiście, imitowałem dorosłych, dla których wtedy wszystko, co na ekranie telewizora nie było filmem, serialem, koncertem ani teatrem, było „pieprzeniem”. Jako krytyk nie zmieniłem zresztą specjalnie zdania, 42 lata później nadal nie darzę telewizyjnej publicystyki estymą.
Skoro jednak tej „pokornej akceptacji” nie miało ani moje pokolenie, ani pokolenie moich rodziców, to kto ją w ogóle miał? Zgaduję, że poeta Czerski opisuje tu inny fenomen społeczny: razem z migracją ludności ze wsi do miasta, znika czapkowanie panu naczelnikowi. Zapewne błędnie wiąże to z internetem.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz