Chińscy związkowcy w Starbucks

Stałem w korku w światowej stolicy korków, dzięki czemu mogłem w skupieniu wysłuchać fascynującej audycji radiowej. Ira Glass poświęcił 460. odcinek „This American Life” odkręceniu tego, co zaprezentował w odcinku 454., czyli opowieści o rzekomych odkryciach Mike’a Daisey w Foxconnie.
Byłem wobec tych odkryć sceptyczny już kiedy przytaczały je wszystkie portale (w tym polskie). Jako dziennikarz po prostu wiem, jak trudno jest dotrzeć do prawdziwego bona fide hardkorowego ekskluziwa, więc trudno mi było uwierzyć w to, że ktoś miał tyle szczęścia.
Opowieść o Chińczyku, który pierwszy raz w życiu widzi na oczy iPada, którego wyprodukował, a do pełnego dramatyzmu jeszcze ta produkcja go okaleczyła? Jak gładzi ikonki i wzdycha, że to musi być magia? Jakie są szanse spotkania kogoś takiego podczas parodniowego spaceru po Schenzhen?
Działacze nielegalnego związku zawodowego, na sekretne zebranie których dotarł Amerykanin nie znający chińskiego? I akurat chińska policja nie umie odtworzyć tej samej ścieżki i trafić do tych samych ludzi?
Wszystko to wydawało mi się mieć typowe cechy medialnego „too good to be true”. Wskaźniki na wykrywaczu bulszitu szalały. Ale trzymałem to dla siebie, bo ciężko kogoś oskarżać bez konkretnych dowodów.
Dowody zgromadził prawdziwy dziennikarz, Rob Schmitz – zawodowo zajmujący się chińską gospodarką. Jemu też zapaliły się wskaźniki, m.in. gdy Daisey mówił o uzbrojonych strażnikach (w Chinach prywatni ochroniarze nie mają broni), oraz o związkowcach zbierających się w… Starbucks.
Schmitz dotarł do tłumaczki, która towarzyszyła Daiseyowi w jego kilkudniowej wycieczce do Shenzen. Ironizował w radiu, że może powinien udramatyzować swoją opowieść wymyślając coś o ciężkiej detektywistycznej pracy, której wymagało odnalezienie tłumaczki – ale po prostu ją wyguglał.
Z relacji tłumaczki wynikało, że Daisey owszem, był w Shenzhen, ale nic z tego, co było najbardziej medialne w jego relacji – inwalida zachwycony iPadem, trzynastoletnia pracownica, ludzie sparaliżowani heksanem, tajne zebranie związkowców – się nie wydarzyło. Daisey po prostu to zmyślił dla zwiększenia efektu.
Ira Glass zaprosił obu panów do swojej audycji na konfrontację – która była jednym z najciekawszych słuchowisk, jakie w życiu słyszałem w radiu. Pierwszy raz z takim napięciem słuchałem ciszy, która zapadała po pytaniach Schmitza, gdy Daisey obmyślał odpowiedź.
Glass wziął na siebie odpowiedzialność za niedostateczną weryfikację materiałów Daiseya. Wykonaliśmy podstawowy fact checking – usprawiedliwiał się – z którego wynikało, że to wszystko jest teoretycznie możliwe. W chińskich fabrykach zdarzają się zatrucia heksanem, pracują tam nieletni, istnieją nielegalne związki.
Również chcieli porozmawiać z tłumaczką Daiseya, ale ten im powiedział, że w reportażu podał jej fałszywe imię (nieprawda), a jej dawny telefon nie odpowiada. „W tym momencie powinniśmy byli zdjąć ten materiał” – przyznał Glass.
To fascynujący przyczynek do rozważań o roli i kryzysie dziennikarstwa. Mike Daisey nie jest dziennikarzem. Jest showmanem, który utrzymuje się ze sprzedaży biletów na monodram, w którym recytuje swój tekst.
To jedna z nowych form, która zastąpi tradycyjne dziennikarstwo. Daisey nie ma nic przeciwko piraceniu jego materiałów, bo nie sprzedaje kontentu, tylko bilety na występy.
Ubocznym skutkiem jest to, że bardzo mu zależy na promocji wiralnej. A ta wymaga dodania właśnie tych detali, które portaliści będą wyciągać na jedynki w swoich serwisach („chiński inwalida pierwszy raz widzi iPada !!!”).
Rob Schmitz to z kolei dziennikarz starego typu – taki, jakich zaraz nie będzie. Na co dzień pisze nudne korespondencje ekonomiczne, z których żaden portal nie ukręci krzykliwego nagłówka. Lata zajmowania się tematem pozwoliły mu jednak zgromadzić doświadczenie, które ceni się (ceniono) w mediach opiniotwórczych. Po prostu jego wykrywacz bulszitu jest skuteczniejszy od kogoś, kto też może jest dobrym dziennikarzem, ale nie specjalizującym się akurat w Chinach.
I na koniec Ira Glass, redaktor ambitnego programu radiowego – który nolensując wolensa, musi jednak się ścigać z portalami na słuchalność, klikalność i wiralność. Dlatego puści materiał, co do którego też musi mieć przeczucia, że jest „too good to be true”.
I w jakimś sensie ma nawet rację, bo potem z samego odwołania kłamstw zrobi tylko jeszcze bardziej sensacyjny materiał. Tylko co będzie, gdy zabraknie już Roba Schmitza?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz