Now Playing (136)

Sam siebie zaraziłem własną blogonotką. Gdy pisałem o Hoffie, przypomniałem sobie piosenkę Priczersów „The Love Of Richard Nixon”. Tekst piosenki jest nietypowy, bo o znienawidzonym przez lewicę prezydencie mówi niemalże z sympatią.
W połowie lat 60. kariera polityczna Nixona wydawała się skończona. Po przegranej walce o prezydenturę z Kennedym, przegrał wybory na gubernatora Kalifornii i wydawało się, że choć świetnie sobie radził w amerykańskiej polityce lat 50., następna dekada po prostu mu nie służy.
W połowie lat 60. Partia Demokratyczna wydawała się polityczną machiną nie do ruszenia. Rooseveltowi udało się stworzyć perpetuum mobile, w którym dostatecznie dużo ludzi zawdzięczało swoje kariery układom z partią demokratyczną, żeby zrobić wszystko – zgodnie lub niezgodnie z prawem – żeby ten układ zakonserwować.
Demokraci byli u władzy od 1933, z niewielką przerwą na Eisenhowera (1953-1961), po którym Biały Dom objęli Kennedy i Johnson. Jak się wydawało, jeszcze skuteczniejsi w technice sprawowania władzy od Eisenhowera. Johnson objął władzę w nokautującym zwycięstwie, wygrywając w 44 stanach.
Kto by pomyślał, że trzy lata później notowania będzie miał tak niskie, że aż ogłosi rezygnację z ubiegania się o reelekcję. A ogłosił ją blisko miejsca, w którym na Michigan Avenue zaczyna się Route 66, w hotelu Hilton, w którym zamieszkał razem z wieloma innymi delegatami na konwencję wyborczą partii demokratycznej w roku 1968.
Amerykanie lubią komplikować sobie życie głupimi pomysłami – jednym z nich jest strasznie dziwny sposób, w jaki czołowe partie wybierają kandydatów. Najpierw w prawyborach w poszczególnych stanach wybierają kandydatów, którzy deklarują poparcie dla jakiegoś kandydata – a potem na właściwej konwencji wyborczej delegaci komuś przyznają nominację do reprezentowania partii w wyborach.
W teorii ma to zapobiegać partyjnym manipulacjom. W praktyce zagmatwany charakter tego procesu jest dokładnie tym, o czym marzą zakulisowi manipulatorzy. Prześledźmy to na przykładzie demokratycznych prawyborów z 1968.
Na partii demokratycznej ciążyła odpowiedzialność za wpakowanie Ameryki w bezsensowną wojnę w Wietnamie. Partyjna wierchuszka wolała więc, żeby tego tematu nie poruszano w wyborach. Poruszył go niepokorny senator Egene McCarthy, który ogłosił swój start przeciw urzędującemu prezydentowi z własnej partii i nieoczekiwanie wygrał prawybory w New Hampshire.
Wywołało to panikę w dominującej w partii strukturze złożonej z powiązanych z mafią związkowców i skorumpowanych „bossów” w wielkich miastach – od wygranej takiego demokraty jak McCarthy już woleli raczej republikanina. Struktura postanowiła forsować własnego kandydata, bezbarwnego wiceprezydenta Humberta Humphreya.
Przez chwilę w prawyborach dominował Robert Kennedy – ale zaraz potem zastrzelił go dziwny psychopata. Tymczasem już wybrano 393 delegatów, którzy na konwencji wyborczej mieli poprzeć Kennedy’ego – na kogo mieli teraz przerzucić swoje głosy?
Gdy zakończyły się prawybory, 39% demokratów głosowało na McCarthy’ego, 31% na Kennedy’ego, 2% na Humphreya. Który ostatecznie dostał nominację dzięki machinacjom skorumpowanej wierchuszki. Naturalnie, to w praktyce oznaczało rozłożenie przed Nixonem czerwonego dywanu do Białego Domu.
Konwencję sabotowali anarchistyczni hapenerzy z Youth International Party, czyli tzw. yippies. Próbowali przeforsować własnego kandydata. Udało im się wywołać gigantyczne zamieszki na Michigan Avenue, prowokując bardzo brutalną reakcję policji (kontrolowanej przez typowego przedstawiciela skorumpowanego układu w Partii Demokratycznej – bossa Chicago, burmistrza Daleya).
Interesującym ubocznym skutkiem było zatrucie klimatyzacji w Hiltonie smrodem z bomb smrodzących używanych przez yippies i gazem łzawiącym, którym policja traktowała wtedy już każdego, kto był młody i miał długie włosy (a dotyczyło to także wielu delegatów na konwencję i dziennikarzy).
W takich hotelach okno można otworzyć tylko na malutką szparkę, smród był więc nie do wywietrzenia. Przeniknął ubrania, pościel, włosy. Cuchnął prezydent Johnson, cuchnął kandydat Humphrey, cuchnął Norman Mailer, który ten smród opisał dla Harper’s. Tak umierała dawna Partia Demokratyczna.
A Nixon w cuglach wygrał konwencję w słonecznym Miami – choć jego upadek będzie jeszcze bardziej cuchnący. Co tylko potwierdza starą zasadę, że nie należy oceniać żadnego polityka przed końcem kadencji.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz